[Dragons of a Vanished Moon Final Chapter] [Dalamar Mroczny]
[Gorączka Podróży] [Morderstwo w Tarsis]


Fragment książki "Dalamar Mroczny", która wkrótce ukaże się w Polsce. Dziękujemy za udostępnienie tekstu Wydawnictwu Zysk i s-ka.

 

PROLOG

Czarny elf stał w idealnym bezruchu w Sali Magów, sekretnym centrum Wieży Wielkiej Magii w Wayreth. Dalamar Nightson. Dalamar z Tarsis. Dalamar Argent. Kiedyś, w odległych czasach znano go jako Dalamara z Silvanostu. Czarną szatę, którą miał na sobie, otrzymał od samej Ladonny, głowy jego zakonu. Obszyta była srebrnym ściegiem i ochronnymi runami, takimi samymi jak te, które znajdowały się na zewnętrznych murach Wieży. Znaki te znane były niewielu, ale on pojmował ich znaczenie. Niezależnie od tego, gdzie przebywał, towarzyszył mu ten sam, stary nawyk - kaptur szaty okrywał mu głowę, przez co twarz nikła w cieniu i widoczne były tylko oczy.

Ze znajdującego się wysoko w górze sklepienia spływało blade światło. Nie kryło niczego w cieniu. Nie dodawało nikomu otuchy. Choć z uchwytów w ścianach sterczały pochodnie, żadna z nich nie płonęła. Z ogromnej sali nie dobiegały najmniejsze odgłosy, nawet oddechy czterech zgromadzonych w niej osób nie były słyszalne.

Par-Salian, mistrz Wieży Wielkiej Magii i przewodniczący Konklawe Czarodziejów w jednej osobie, siedział wyprostowany na swym wysokim krześle. Gdyby nie białe, żylaste i powykręcane dłonie, które bezustannie zaciskały się w rytmie jego myśli, można by pomyśleć, że wyrzeźbiono go z alabastru. Po prawej stronie mistrza stał Justarius w szacie koloru maków, a po lewej Ladonna. Choć spojrzenia całej trójki wwiercały się w Dalamara niczym ostrza, ten nie poruszył się ani w żaden inny sposób nie okazał skrępowania. Stał spokojnie przed obliczem trojga członków zakonu, wdychając aromat magii, piżmowych olejków, ziół oraz - jak zwykle - suszonych róż.

Za Salą Magów spoczywały dwa starannie ułożone ciała. Nawet w chwili, kiedy obradowała tu zgromadzona czwórka, magowie wszystkich zakonów podążali do Tylnej Wieży, aby oddać cześć kobiecie, którą znali wszyscy, oraz krasnoludowi, którego znało niewielu. Oboje byli magami.

Ladonna wystąpiła z szeregu. Piękną twarz rozjaśniało niezwykłe światło, we włosach migotały klejnoty, a na palcach pierścienie. Zrobiła krok do przodu, a jej aksamitna szata falowała niczym cień, na co zareagowała uśmiechem.

- Jednak sobie poradziłeś, Dalamarze.

"Jednak". Dalamar posłał jej lekki uśmiech.

- Czy zwątpiłaś we mnie, pani?

- Siła i wola - odparła, tym razem bez uśmiechu na twarzy. - Te cechy zawsze podaje się w wątpliwość.

Dalamar skinął głową.

- A więc przeszedłem twoją próbę.

Justarius uniósł brew, wyraźnie zaskoczony zuchwałością nieopierzonego maga.

- Zuchwały jesteś, młody magu - stwierdził. - Może nawet zbyt zuchwały.

- Moja zuchwałość jest wprost proporcjonalna do moich potrzeb, panie. - Dalamar obrzucił całą trójkę szybkim spojrzeniem. - Czyż nie tego właśnie szukasz? Zuchwałego maga, który nie boi się poświęcić wszystkiego, aby zdobyć to, czego pragnie? Lub to, czego ty pragniesz?

Oczy Justariusa zabłyszczały, kiedy dotarły do niego te bezczelne słowa.

- Co ty możesz wiedzieć o.

Ladonna uniosła rękę, a pierścienie na jej palcach podkreśliły siłę uciszającego gestu.

- Pani - rzekł Dalamar, zbliżając się do Ladonny. - Zrobiłem wszystko, o co prosiłaś. Wprawdzie zginęła przy tym jedna z cenionych przez ciebie osób, ale czym jest jedna śmierć wobec tak wielu innych? - Spojrzał uważnie na troje zgromadzonych w sali. - Moja część umowy została wykonana. Czym jeszcze mogę ci służyć?

- Przekonamy się, do czego jesteś zdolny - Ladonna uśmiechnęła się lekko - lecz najpierw powiedz mi, Dalamarze, co ci wiadomo na temat Wieży Wielkiej Magii w Palanthas?

Puls Dalamara przyspieszył, kiedy ujrzał dziwny blask w oczach Par-Saliana, Justariusa, a nawet Ladonny, choć czarodziejka starała się to zamaskować. Strach. Ukryty, ale jednak strach.

- Słyszałem to, co wszyscy - odparł cicho. - Wieża była od dawna zamknięta, a teraz ją otwarto. - Pochylił głowę. - Ale słyszałem też to, o czym słyszało niewielu. Ten, który zamknął się w Wieży, nie pozwala nikomu do niej wejść.

Par-Salian pochylił się na krześle, a jego biała szata zaszemrała niczym głosy duchów. Patrząc na niego, Dalamar czuł dokładnie to samo, co za każdym razem, kiedy widział człowieka młodszego od siebie, a wyglądającego jak trzystuletni elf. Jakże szybko wypalały się ich świece!

- Większość z tego, co słyszałeś, jest prawdą - mruknął Par-Salian. - Wieżę przejął potężny mag. Takich jak on nie widziano od wielu lat, kto wie, może nawet stuleci. Ale mylisz się, młody Dalamarze, jeśli myślisz, że on nie pozwala nikomu wejść do Wieży. - Par-Salian uśmiechnął się, choć tylko lekko wykrzywiły się kąciki jego ust. Uśmiech ten bynajmniej nie napawał optymizmem, ale Dalamar wziął się w garść, aby troje magów nie spostrzegło jego drżenia. Wcześniej Par-Salian kojarzył mu się z bielą alabastru, ale teraz, kiedy dostrzegł chłód w oczach, na myśl przyszedł mu lód. Mistrz Wieży jednym ruchem objął dwoje stojących u jego boku czarodziejów. - Widzisz przed sobą troje najpotężniejszych magów na Krynnie. Ale mag, który zasiadł w Wieży w Palanthas, jest silniejszy od każdego z nas, a wkrótce stanie się jeszcze potężniejszy. - Twarz mu tak stężała, że przypominała kamień. - Nazywa siebie "mistrzem przeszłości i teraźniejszości", co daje nam wiele do myślenia na temat prac, jakie prowadzi w swojej Wieży. Wszyscy tutaj uważamy, że dobrze byłoby to sprawdzić.

Ladonna spuściła wzrok i uśmiechnęła się tajemniczo. Justarius stał z nachmurzoną miną. W jej uśmiechu Dalamar odnalazł ambicję. Zorientował się od razu, że głowa Zakonu Czarnych Szat zdawała sobie sprawę, iż będzie pełnić funkcję tak długo, jak zechce tego ów samozwańczy mag z Palanthas. Z nachmurzonego spojrzenia Justariusa wyczytał podobne odczucia. Powszechnie było wiadomo, że kiedy Par-Salian zechce ustąpić ze stanowiska przewodniczącego Konklawe Czarodziejów i mistrza Wieży Wielkiej Magii, Justarius zajmie jego miejsce. Oczywiście stanowisko to mógł także przejąć mag z Palanthas, jeśli tylko dałoby mu się taką szansę. Takie rzeczy na szczęście rozważają ambitni ludzie, ale teraz Dalamar odniósł wrażenie, że trójka magów z Krynnu lęka się czegoś innego, czegoś znacznie gorszego.

- To jest to - podjął Par-Salian - co wiemy na temat tego mistrza. Ale jest jeszcze coś. Zlekceważył potęgę, którą prawomocnie mógł zyskać, i najprawdopodobniej samotnie zdobywa władzę i pozycję poza zakonami i regulaminem Wielkiej Magii.

Stwierdzenie to wstrząsnęło Dalamarem. Przemówił, zanim zdążył cokolwiek pomyśleć:

- Nie można na to pozwolić, panie!

Par-Salian skinął głową, ale myślami był gdzieś daleko.

- Łatwo powiedzieć - przyznał. - Sami wielokrotnie mówiliśmy dokładnie to samo, ale teraz nadszedł czas działania. Jak wspomniałem, ów mag nie zamknął podwojów swojej Wieży przed wszystkimi. Z całą pewnością przyda mu się uczeń.

- Czemuż chciałby kogoś takiego, panie? - spytał cicho Dalamar, spuściwszy pokornie oczy, aby nie dojrzano w nich błysku jego własnych pragnień.

Par-Salian w odpowiedzi skinął tylko głową w kierunku Ladonny.

- Nie mam pojęcia - rzekła. - Wiem tylko, że chce tego. Sama go o to zapytałam, a on potwierdził. Oznajmił, że potrzebny jest mu uczeń naszego zakonu, czarny mag, choć z odrobiną rozumu. Gdybym to ja miała wybrać mu ucznia. - uważne spojrzenie Ladonny utwierdziło Dalamara w odczuciu, że właśnie wyczuła, jak jego tętno przyspieszyło - .to posłałabym mu szpiega. Mam jednak wrażenie, że zorientowałby się natychmiast i starał przekabacić go na swoją stronę.

- Ze mną by mu się to nie udało - wyrwało się Dalamarowi, choć szybko zrozumiał, że wcale nie zaproponowano mu tej roli.

- Zgadzam się z tobą. - Uśmiech wykrzywił jej wargi. - Zostałeś przecież wyszkolony w technikach równowagi, nieprawdaż? Ależ oczywiście, że zostałeś - dodała, zanim Dalamar zdołał cokolwiek powiedzieć.

Justarius wreszcie skinął głową w wyrazie aprobaty. Spoglądał to na Par-Saliana, to na Ladonnę. Dalamar odniósł wrażenie, że trójka magów w ten sposób porozumiewa się między sobą. Par-Salian skinął głową w geście, który wyglądał tak, jakby odpowiedział twierdząco na zadane pytanie.

- Nie będziemy w żaden sposób rozkazywać ci, abyś podjął się tego zadania, młody magu. Nie możemy sobie na to pozwolić, gdyż ten, kto się zgodzi, w tej samej chwili narazi swoje życie, a może nawet i duszę. A kiedy zostanie odkryty - Par-Salian potrząsnął głową - umrze. Taka śmierć to coś przerażającego i bardzo długotrwałego.

Dalamar wziął sobie to ostrzeżenie do serca. Ale czyż nie stawiał na szali swego życia, a czasami nawet i duszy, w imię magii już od chwili, kiedy po raz pierwszy poczuł w żyłach przepływ magicznej iskry? Zostać uczniem jedynego maga na całym Krynnie zdolnego przerazić głowy trzech zakonów? Uśmiechnął się tajemniczo w cieniu kaptura na myśl o magicznych cudach, jakich mógł nauczyć się od maga potrafiącego ukraść całą Wieżę sprzed nosa trojga wielkich czarodziejów z Krynnu. Z pewnością trudno byłoby je nawet policzyć! Jaką władzę mógł zdobyć, jaką siłę, jakie talenty? Całą ich masę!

Dalamar uniósł dłonie i zsunął z głowy kaptur, aby zebrani mogli zobaczyć jego twarz i oczy. Głowy zakonów trwały zgodnie w ciszy, pozwalając mu dokonać wyboru.

- Panowie, pani, zgadzam się na podjęcie nauk i zarazem waszej misji.

Justarius skinął głową, ale jego twarz pozostała ponura. Ladonna nie odezwała się ani słowem, a w oczach Par-Saliana nie spostrzegł spodziewanej satysfakcji, lecz - co dziwne - smutek.

Sprawiało to wrażenie, że znając przeszłość, mistrz Wieży wie, co może wydarzyć się później. Coś nakazało Dalamarowi odwrócić się.

ROZDZIAŁ 1

- A więc powiedz mi - rzekł Eflid Wingborne, odchylając głowę do tyłu i patrząc wzdłuż długiego nosa na niewielki tobołek, który Dalamar położył na samym środku wąskiego łóżka. - Będzie cię teraz łatwiej odszukać, Dalamarze Argent, czy też znów będę zmuszony wysyłać służących, żeby wytropili cię, kiedy jesteś mi potrzebny?

Dalamar stał nieruchomo w zacienionym kącie niewielkiej izby. Stojąc w cieniu, zrobił taką minę, że służący Ralana mógł oczekiwać pokornej odpowiedzi. Ten nie miał jednak najmniejszego zamiaru jej udzielać Wyobraził sobie dwie dłonie mocno coś trzymające - jego własne nerwy na wodzy. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby stracić panowanie nad sobą.

- Znajdziesz mnie - odparł. Spuścił wzrok, aby ukryć pogardę. - Nie martw się, Eflidzie.

- Eflidzie, panie mój.

Dalamar zdołał powstrzymać sardoniczny uśmiech, który cisnął mu się na usta. Pan, a i owszem, lecz tylko dlatego, że jego matka przez krótki czas była żoną jakiegoś paniątka z tak nieznanego odłamu rodziny Domu Rzeźbiarzy Drzew, że jego nazwiska na próżno byłoby szukać gdziekolwiek, poza wpisem u dołu bardzo długiej listy, w dodatku zapisanym małymi literami. Choć Eflid nie był synem tego człowieka, nadal nadawał sobie ów tytuł, przynajmniej pośród pomniejszych sług, którymi zarządzał.

- Nie martw się - powtórzył Dalamar. Podniósł wzrok i obdarzył Eflida mrożącym spojrzeniem. - Jestem tutaj.

- I tutaj pozostaniesz, chłopcze. - Eflid zmrużył zielone, błyszczące oczy. - Koniec z twoimi włóczęgami. Powinieneś się cieszyć, że Ralan całkowicie cię nie zdymisjonował. Dobiegły mnie słuchy, że w dokach poszukują służącego do przewożenia ryb i naprawy sieci. Niech no tylko jeszcze raz nie będę mógł cię znaleźć, kiedy będziesz potrzebny, to z pewnością tam właśnie wylądujesz.

Chłopiec. Nazwał go chłopcem. Według elfich standardów, mając na karku dziewięćdziesiątkę, wciąż był młody, ale bynajmniej nie był już chłopcem. Z szyderstwa Eflida można było wyczytać, że choćby Dalamarowi przybyło i kolejne sto lat, nadal byłby postrzegany jako chłopiec w oczach tych, którym służył. Dalamar napotkał twarde spojrzenie Eflida, ale nie odwrócił wzroku tak długo, że w końcu musiał uczynić to tamten.

- Rozpakuj się i zabieraj do pracy - warknął zarządca rozjuszony faktem, że pierwszy odwrócił wzrok. - Czekają na ciebie w kuchni. Niektóre kafle w pomieszczeniu z piecem wymagają naprawy. - Obnażył zęby w paskudnej imitacji uśmiechu. - Może poszukasz jakiegoś słodziutkiego czaru, który odwali robotę za ciebie? Wiesz, żeby nie pobrudzić sobie rąk?

Eflid opuścił izbę ze śmiechem na ustach, nie zamykając za sobą drzwi. Kiedy Dalamar został sam, rozejrzał się po swojej nowej kwaterze. W świetle słońca wpadającym przez wschodnie okno wirowały i połyskiwały złote pyłki kurzu. Światło nie było aż tak zamglone jak to, które padało na ścieżkę wiodącą z Dzielnicy Sług i na budynek, który był rodzinnym domem Dalamara. Ojciec odziedziczył ten niewielki dom po wuju, który był na tyle oszczędny, że za uzbierane monety stalowe kupił go od kobiety zajmującej się naprawą skórzanych butów. Od tamtego czasu Dalamar wraz z rodzicami zamieszkiwał komnaty tych, którym służyli - widywanej tylko przelotnie podczas dnia rodzinie. Czasami, kiedy nie mieli już nic do roboty, państwo spędzali z nimi wieczór. Dalamar mieszkał w małym domu z niewielkim ogródkiem do chwili śmierci jego rodziców, został tam też później, kiedy otrzymał pozwolenie głowy Domu Sług i samego Ralana. Przez pięć lat chodził ze swojego domu do tego, który należał do jego pana. Każdego dnia wyruszał o świcie i przez pięć lat powracał do siebie w długie, purpurowe, letnie wieczory oraz te zimowe, kiedy zmrok zapadał tak niespodziewanie. W jednej chwili odarto go z całej prywatności w jego własnym domu, z bycia panem samemu sobie i niepodporządkowywania się żadnym nakazom. Teraz, kiedy zakwaterowano go w niewielkiej izbie leżącej w skrzydle dla służących, zmuszony był mieszkać w domu Ralana. Miał tutaj przebywać z tymi wszystkimi niegodnymi zaufania, których nie było stać na własne domy. Tak nakazał Ralan, a Trevalor, przywódca Domu Sług, wyraził zgodę.

Dalamar odwrócił się od migoczących promieni słońca w stronę łóżka. Pod kątem umeblowania izba prezentowała się nad wyraz skromnie - łóżko, mały stolik z ustawioną na nim grubą, białą świecą oraz stojąca pod oknem skrzynia z szufladkami. Nie miał nawet krzesła dla siebie, nie mówiąc o ugoszczeniu kogokolwiek.

Z tobołka leżącego na łóżku wydobył ubranie. Nie nosił ciemnobrązowej szaty służącego, lecz białą, jaką zwykli nakładać magowie. Nie było to bynajmniej czymś normalnym pośród mieszkańców Silvanesti, którzy dostosowali swoje życie do surowego systemu kastowego, gdzie nikt nie mógł mieć niższego statusu niż służący i nikt w mniejszym niż służący stopniu nie zasługiwał na przywilej nauki wielkiej sztuki magicznej. Dalamar objawiał w tej dziedzinie taki talent, że kiedy dowiedziano się o tym w Domu Mistyków, zrobiono to, co należało zrobić w takiej sytuacji - nie dopuszczono do tego, aby pozbawiony jakiegokolwiek nadzoru, wykroczył poza granice białej magii, które wyznaczył Solinari, bądź - co gorsza - te, które wyznaczyli Lunitari i Nuitari, czyli granice magii czerwonej i czarnej. Choć mianowano go magiem wiernym bogu Solinari, uczono go bardzo niechętnie. I choć był z tej nauki zadowolony, było to zbyt mało, aby mógł im okazać wdzięczność.

Białą szatę Dalamar nosił już od niemal dwóch lat, a mimo to nadal pozostawał zwyczajnym służącym, którego talent i umiejętności wykorzystywali inni. Tak też było i dziś, kiedy skrupulatnie liczono godziny jego pracy. Podczas wykonywania swoich zajęć Dalamar był przez cały czas nieobecny duchem, ledwie zwracając uwagę na to, co robi. Jego dusza tęskniła za leżącym na północy miejscem, o którym nie miał pojęcia żaden służący czy elfi pan. W jaskini leżącej przy rzece skrywał swoje tajemne nauki, mroczne księgi, o stronicach wypełnionych zakazaną dla wszystkich elfów magią. Odnalazł je zupełnie przypadkowo, powtykane w zakamarki małej jaskini - niezwykły skarb pozostawiony tam przez jakiegoś zuchwałego czarnego maga, który zapuścił się po kryjomu do elfiego królestwa, gdzie z pewnością nigdy nie zostałby powitany z otwartymi ramionami. Pojawił się i znikł, pozostawiając po sobie księgi, które musiały przeleżeć tam przez długie lata. Na okładce każdej z nich znajdował się napis, który w pierwszej chwili zmroził serce Dalamara. DLA SYNA CIEMNOŚCI OD SYNA CIEMNOŚCI, OBAJ POŁĄCZENI NOCĄ. W taki oto sposób tajemniczy mag oddał się całkowicie Nuitari, synowi Królowej Smoków, którego obsydianowe komnaty znajdowały się w ogromnych posiadłościach na niebie, w pobliżu tajemniczego księżyca. Czarnego księżyca. Wkrótce strach Dalamara ustąpił miejsca ciekawości, dzięki której podczas długich letnich miesięcy nauczył się więcej o magii, zaklęciach i sekretnej filozofii, niż zdołał poznać podczas nauk w Domu Mistyków. Mała, leżąca na północy jaskinia stała się azylem Dalamara. To jego potajemne wyprawy kosztem czasu przeznaczonego dla swego pana rozbudziły gniew Eflida i w następstwie stały się przyczyną uzyskania nowego statusu pośród niegodnych zaufania sług Ralana.

Dalamar rzucił na łóżko zapasową szatę, uszytą z białej wełny, i dwie pary spodni. W kącie postawił parę wysokich butów z miękkiej, ciemnej skóry, które kupił całkiem niedawno i nie zdążył ich nawet jeszcze nałożyć. Ze starego domu zabrał tylko dwie rzeczy - pas z przędzy koloru nieba podczas zachodu słońca oraz niewielki nóż o kościanej rękojeści, jakiego magowie używają podczas ceremonii.

Poranek za oknem ustępował miejsca ciepłemu dniu. Nad miastem zawisło ciężkie powietrze, jakie zwykle zapowiada nadchodzącą burzę. Choć było bezwietrznie, Dalamar czuł zapach ziół z przykuchennego ogródka, wymieszane aromaty mięty, bazylii, szanty, szałwii oraz słodkiego tymianku. Zanim odciągnięto go od jego prac, przydzielono go do pomocy staremu człowiekowi z Domu Ogrodników, który opiekował się rabatami ziół Ralana. Teraz skierowano go do pracy w dusznej kuchni pod nadzorem zezowatej kucharki, której ulubionym zadaniem było gnębienie kuchcików i dręczenie młodych dziewcząt, flirtujących po kątach z synami piekarza. Utrata prywatności i upokarzające zadania były naprawdę wysoką ceną, jaką musiał płacić za kilka wolnych dni. Mimo wszystko jednak nie żałował. Sam obrał sobie rankiem drogę, w pełni świadom tego, jaka jest tego cena.

Wychodząc z izby i podążając długim, przewiewnym korytarzem, Dalamar wciąż rozmyślał o dokonywanych wyborach. Nikt nawet nie przypuszczałby, że pozostawiono mu jakikolwiek wybór - służącemu, którego los podyktowany był starymi zwyczajami. Tymczasem latem tego roku Dalamar dokonał wyboru, jakiego nikt po nim by się nie spodziewał. Musiał poznać więcej tajników magii niż te ochłapy, jakie oferowano mu w Domu Mistyków.

Korytarz zalewał blask słońca wpadający przez otwarte drzwi i szerokie okna. Kafle podłogowe, do których nie docierał, skryte były w cieniu. Wyszedł z tego cienia wprost do jasnego światła. Jak dalece skłonny był posunąć się dla sztuki wielkiej magii, zakazanej przez Dom Mistyków? Czy dotarłby aż do samego Mrocznego Syna? Dalamar wyjrzał przez rozświetlone okno na północ. Nie w kierunku swojej małej kryjówki, lecz znacznie dalej, ku leżącym za lasem krainom, gdzie obozowały armie pod wodzą Takhisis, matki boga Nuitari, Smoczej Królowej. Ojcem Nuitari był sam Sargonnas, bóg zemsty. Ich syn był dzieckiem magii i tajemnic, najlepszym bogiem, jakiemu Dalamar mógłby zaofiarować swoje mroczne serce.

Bluźnierstwo! W królestwie Silvanesti taka myśl była zwykłym bluźnierstwem.

Dalamar zadrżał, kiedy poczuł dreszcz podniecenia przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Mógłby dokonać wyboru, gdyby tylko tego zechciał. Nikt nawet nie miałby pojęcia, że w głębi duszy czci zakazanego boga. Jakaż to moc drzemała w tych wszystkich tajemnicach! Uśmiechając się, przeszedł przez ogród z trzech stron otoczony żywopłotem z wisterii, a z czwartej ścianą skrzydła dla służących. Choć oczekiwano go w kuchni, ze spokojem oddał się przyjemności wciągnięcia w nozdrza ciężkiego aromatu świeżych róż i mięty wijącej się pod stopami. Z fontanny przedstawiającej statuę Quenesti-Pah - bogini dodającej otuchy - trzymającej w dłoniach misę, z bulgotem spływała woda. Na krawędzi fontanny przysiadła złocista zięba, której jasne piórka zaczynały już przybierać jesienne barwy.

Dalamar nie był w ogrodzie sam - na ścieżce minął go jakiś kapłan. Młody, pełen majestatu rosły elf o wyglądzie wskazującym na wysokie urodzenie, skinął mu głową w geście pozdrowienia. Jego szata w kolorze białych lilii, na której rękawach lśniły srebrne hafty, połyskiwała w porannym słońcu. Na palcu nosił pierścień przedstawiający srebrnego smoka z ametystowym oczkiem. Bez wątpienia był kapłanem E'li, który przybył tu ze świątyni.

Dalamar odwzajemnił gest na tyle niedbale, aby nie prowokować rozmowy ani nie pozdrawiać E'li. Kapłan opuścił ten ogród, przechodząc przez łukową, północną bramę w kierunku drugiego, prywatnego. Z pewnością go tam oczekiwano.

Dalamar był pewien, że jego także oczekiwano, wszedł więc do ciemnej kuchni, gdzie zezowata kucharka rzucała groźne spojrzenia. Buchnęła w niego fala takiego gorąca, że powietrze zdawało się falować W kamiennym pomieszczeniu nadal utrzymywał się żar po nocnym pieczeniu.

- Ha, wreszcie przylazł - warknęła kucharka. Była tak przeraźliwie chuda, że sprawiała wrażenie szkieletu obciągniętego skórą. - Eflid obiecał mi, że będziesz do mojej dyspozycji od samego rana, mistrzu magii. A gdzie się podziewałeś? Znów uciekłeś? - Jej głos przypominał brzęczenie owada.

Dalamar zignorował ją i przeszedł przez kuchnię prosto do izby z piecem, który przez całe lata używania odcisnął swoje piętno na ścianach w postaci trudnej do usunięcia, zastygłej, tłustej warstwy. Ukląkł na podłodze przed pierwszym z uszkodzonych kafli. Złożył dłonie razem, czując mrowienie przepływającej magii, kiedy wypowiadał słowa zaklęcia uleczania kamienia. Zapachy z kuchni zdawały się do niego nie docierać, kiedy znalazł się w stanie właściwym wyłącznie magom - stanie, w którym odczuwało się dotyk boskiej mocy, swobodę jej pobierania i formowania na własny użytek. Głos kucharki znikł gdzieś w oddali, słowa rozpłynęły się niczym mgła przegoniona przez słońce:

- Za kogo się uważa ten kuglarz, ścierwo z Dzielnicy Sług. Nie nauczyli go dobrych manier i poszanowania lepszych od niego. Nigdy nie powinni byli dawać mu białej szaty! Nigdy! Myśli, że posiadł.

Słowa zaklęcia popłynęły czystą energią we krwi Dalamara, dając mu moc magów i bogów. W tej chwili tylko to się liczyło. Dla tego uczucia skłonny był zrobić wszystko.

Czerwony smok szybował na jasnym niebie, przechodząc bez najmniejszego wysiłku z opadania we wznoszenie, przeskakując z jednego prądu powietrznego na drugi. Krwawy Klejnot, pierwszy ze smoków władczyni żeglujący po niebie nad lasem Silvanesti, przecinał niebo z szeroko rozpostartymi skrzydłami, kołysząc długim ogonem niczym sterem okrętu. Spojrzał w dół i pośród baldachimu drzew dostrzegł srebrne nitki wijących się w dole rzek. Lecąc wzdłuż wspaniałej Thon-Thalas, widział miasta, te niewielkie i te ogromne, których zabudowania widziane z góry przypominały kleksy na ziemi. W mniejszych miasteczkach rzadko stawiano budynki z kamienia, dominowało tam przede wszystkim drewno. Rozwarł paszczę w szerokim uśmiechu.

"Tyle rzeczy do podpałki" - odezwał się do jeźdźca na swym grzbiecie. Była to kobieta o długich nogach, która usłyszała jego słowa nie w uszach, lecz głęboko w świadomości.

"Nie" - odparła stanowczo Phair Caron, a jej głos popłynął do świadomości Krwawego Klejnotu niczym smużka ciemnego dymu. "Żadnej podpałki! Jeśli będzie trzeba, puścimy z dymem las, ale coś musi pozostać. Jesteśmy tu po to, aby pościągać tych aroganckich elfów z ich drzew, ale musimy pozostawić coś dla armii, która przybędzie zająć te tereny, no i oczywiście odrobinę zastraszonego motłochu, który będzie współpracował z Królową Ciemności i wspierał ją. Martwe elfy na nic się nie zdadzą".

Krwawy Klejnot parsknął, a w niebo uniosła się niewielka kula ognia.

"Martwe elfy nie będą stawiać oporu, a my możemy zapełnić ten las - czy cokolwiek z niego pozostanie po ingerencji mojej i mych krewnych - niewolnikami, gotowymi podjąć się każdej pracy".

Phair wyciągnęła rękę, aby pogładzić czerwone ramię. Choć smok nie poczuł dotyku, rozpoznał go i docenił ten gest.

"Tu nie chodzi o niewolniczą pracę, mój przyjacielu. A może nie chodzi wyłącznie o nią. Najważniejsze jest zebranie dusz, prawda?"

"Dla Królowej Ciemności".

Phair Caron skinęła głową. Kolejny gest, który nie został dostrzeżony, lecz został rozpoznany. Wszystko, co wspólnie robili, ona i jej smoki, robili dla Takhisis, Królowej Ciemności.

"Jesteś moim światłem, Mroczna Pani" - pomyślała pobożnie Phair Caron. "Do ciebie należą światła ognisk i stosów pogrzebowych w ciemnościach. To swoją dłoń wyciągnęłaś do mnie w mroku". Westchnęła, rozmyślając o ponurej sławie Jej Mrocznej Wysokości. Minęło tak niewiele stuleci od chwili, kiedy Takhisis ponownie wkroczyła do tego świata z Otchłani, w którą została strącona po swojej porażce w Istar. Jej bramą do tego świata - co dla Phair Caron stanowiło słodką ironię - stały się ruiny samej świątyni Istar, gdzie szalony król-kapłan obwołał się bogiem i sprowadził gniew wszystkich bóstw na świat, który rozgrzeszył go z szaleństwa. Podczas tych stuleci Takhisis włóczyła się poza tym światem, snując plany i poszukując bezwzględnych sojuszników, których mianowała na dowódców swej rosnącej w siłę armii. Phair Caron wyszczerzyła zęby w wilczym uśmiechu, przypominając sobie, jak dowódców tych połączono z obudzonymi smokami. Teraz Takhisis dysponowała armią ogrów i goblinów, smokoludzi i zwykłych ludzi, prowadzoną przez jej dowódców - smoczych władców.

"Z obudzonymi smokami" - powtórzył Krwawy Klejnot, wzdychając, jakby właśnie przypomniał sobie o swym długim śnie i gwałtownym przebudzeniu. "A teraz jesteśmy tutaj, głodni walki w jej sprawie, pani, i stęsknieni smaku elfiej krwi".

Phair Caron przemówiła głośno, a wiatr niósł jej słowa:

- Już niedługo. Już niedługo dostaniesz to, czego pragniesz. - Roześmiała się krótko i gwałtownie. - Ale elfia krew to kiepski napój, mój przyjacielu. Wodnisty i słaby. - Wskazała ręką w dół, gdzie rozszerzała się rzeka Thon-Thalas i w oddali widoczne były światła Silvanostu. - Te elfy nie mają pożytku z żadnego boga, poza tymi swoimi bogami Dobra, Paladine czy E'li, jak go nazywają, i jego watahą słabeuszy. Zanim zapadnie noc, wszyscy będą klękać przed nami.

Krwawy Klejnot pomyślał, że widok elfów z Silvanesti spuszczających głowy i zmuszonych do zniszczenia swych świą- tyń poświęconych słabym bogom i wykorzystania swych umiejętności do wzniesienia ołtarzy dla mrocznych bogów, będzie niczym słodkie wino na ustach Mrocznej Pani. Morgion, czarny wiatr sprowadzi na nich zarazę. Hiddukel zmieni wszystkie ich słabowite prawdy w kłamstwo. A na samym końcu sama Takhisis, Jej Mroczna Wysokość, przejmie władzę nad krajem, do którego jej zwolennicy przez tak długi czas nie mieli prawa wstępu.

Smok wzbił się wyżej i skręcił na północ, w kierunku granicy Silvanesti. Po drugiej stronie, na południowych zboczach gór Khalkist, czekała ogromna armia Jej Mrocznej Wysokości - tysiące żołnierzy, ludzi, ogrów, goblinów i - Krwawy Klejnot mruknął z dezaprobatą - smokowców, źle wyhodowanych smokoludzi, narodzonych z ciemnej magii, która zanieczyściła smocze jaja. Byli to najdziksi wojownicy Takhisis. Armia trwała w niecierpliwym oczekiwaniu na moment, kiedy runie na tę krainę bogactwa i piękna, która przez wieki należała wyłącznie do Silvanesti. Wysoko pośród szczytów, silna grupa czerwonych smoków czekała równie niecierpliwie, żeby wzbić się w niebo i wraz ze swymi jeźdźcami poprowadzić mroczną armię do bitwy.

"To będzie chwalebna bitwa" - zadumał się smok, myśląc dokładnie tak samo, jak jego jeździec.

Phair wybuchnęła śmiechem, który wyrwał się z jej gardła i pomknął ku błękitnemu niebu.

- W istocie taka będzie, a krwią elfów przesiąknie cały las!

"Wkrótce?"

Władczyni nie odpowiedziała, lecz Krwawy Klejnot znał ją doskonale, tak jak każdy smok znał swego jeźdźca. Ofensywę zaplanowała na zimę, a plan przewidywał użycie armii tak silnej, że obrona elfów rozpadnie się pod jej naporem. Nie była tylko żądnym krwi żołnierzem - była także dobrym strategiem. Nie poprowadziłaby swojej armii do bitwy, nie mając całkowitej pewności, że jej wojska zmiażdżą elfów. Tymczasem z Goodlund i zatoki Balifor przybywało coraz więcej posił- ków. Kiedy dotrą na miejsce, ona będzie już przygotowana. W oczekiwaniu na tę chwilę zabawiała się, tak jak kot bawi się myszą, rozgrywała okrutne gierki dla własnej rozrywki. Phair Caron gardziła elfami, a spośród wszystkich elfów najsilniej gardziła Silvanesti. Gdyby ktokolwiek chciał poznać obraz genezy tej nienawiści, Krwawy Klejnot znał go doskonale.

Dorastająca dziewczyna o twarzy, której rysy wyrzeźbił głód, odziana w szmaty okrywające ramiona, drżała z zimna pośród brudnych ulic Tarsis. Kilku Silvanesti obwieszonych złotem przeszło obok, unosząc brzegi swych szat wysoko ponad rynsztokami. Jeden z nich odwrócił się i spojrzał na Phair, której dziecięca twarz przypominała czaszkę. Elf jedną ręką odkrył połę połyskującej klejnotami szaty z jedwabiu i brokatu, a drugą zasłonił usta i nos, podczas gdy jeden z jego towarzyszy rzucił w stronę Phair miedzianą monetę. Moneta wylądowała w rynsztoku i utknęła w kałuży łajna.

Phair rzuciła się na nią łapczywie, nie zważając na to, że musi grzebać w błocie, a nawet w gorszych rzeczach, aby ją wydobyć. Mogła się za nią wyżywić przez tydzień! Mogła też dzięki niej utrzymać siostrę z dala od domu publicznego, gdzie lądowała większość brudnych dziewcząt w poszukiwaniu zarobku na chleb. Phair czasami oferowała tam swoje usługi, ale nigdy nie pozwoliłaby na to siostrze. Przenigdy. Kiedy podniosła głowę, żeby wyszeptać podziękowanie, zobaczyła tylko plecy elfów i usłyszała, jak jeden z nich mówi:

- Cuchnąca nędzarka. Dlaczego to zrobiłeś, Dalynie? Ten potworek to nie nasze zmartwienie.

- Zgadza się - odparł jego towarzysz. - Ale przynajmniej nie będzie się za nami wlokła.

"Ale cuchnąca nędzarka powlokła się za nimi" - pomyślał Krwawy Klejnot, szybując nad krainą Sylvan. "Przybyła prosto pod ich drzwi, nieprawdaż? Zabrało jej to wprawdzie kilka lat, ale dokonała tego. A teraz, będąc władczynią w armii bogini tak znienawidzonej przez elfy, Phair Caron miała dla nich specjalne podziękowanie za to, jak ją potraktowali. Podziękowanie, które i tak zbyt długo już odwlekała".

Krwawy Klejnot pochylił się w bok, skręcił i poszybował z powrotem na północ. Kiedy w zasięgu wzroku pojawiły się góry Khalkist i północna granica krainy Sylvan, gdzie drzewa nie rosły już tak gęsto, poczuł wznoszące prądy gorącego powietrza. W ogniu stały trzy wioski, a gryzące dymy niosły ku niebu strach i śmierć. Pośród dymiących ruin leżały ciała, których większość wyglądała tak, jakby je poprzybijano. Część z nich w istocie przebita była włóczniami i jesionowymi lancami. Wyglądali niczym owady przyszpilone do podkładki. Jakiś niecierpliwy oddział smoczej armii przebił się przez płonącą barierę do kamienistego obszaru, za którym leżały owe trzy wioski. Elfy powitały strzałami i stalą smokoludzi, kiedy ci w szale wpadli do czwartej wioski w dole rzeki.

Phair Caron roześmiała się ponownie i znów wiatr wyrwał ten odgłos z jej ust.

- Spójrz tam! Obrońcy. Za mało ich, żeby się fatygować.

Nie było ich za mało. Czerwony smok runął w dół z ogromną prędkością, spadając z błękitnego nieba tuż nad toczącą się bitwę. Stojące na ziemi elfy spojrzały w górę, podnosząc blade, owalne twarze. Jeden z nich, zuchwały głupiec, uniósł łuk i naciągnął cięciwę, żeby wypuścić strzałę. Krwawy Klejnot ryknął tak głośno, że powietrze zadrżało, a ziemia zatrzęsła się. Z pola bitwy dobiegały krzyki przypominające cienki gwizd komarów. Elf, który uroił sobie, że jest szczęśliwym łucznikiem, padł z przerażeniem na kolana. Łuk przypominający mały kawałek hubki wylądował u jego stóp.

"Hubka" - pomyślał Krwawy Klejnot. "Ach."

Załomotał mocno potężnymi skrzydłami, ponownie nabierając wysokości, i zawrócił w kierunku wioski. Nic tam nie stało w ogniu, żaden dom, stodoła, a już na pewno nie otaczający ją topolowy las. To mu się nie spodobało. W dole falanga smokowców, świszcząc maczugami, nacierała na samo centrum szeregu obrońców, a ich upiorne głosy przypominały zgrzytające kamienie. Krwawy Klejnot dostrzegł z góry krew połyskującą na straszliwych kolcach maczug, choć jego nos nie był w stanie jej wyczuć. Całe szczęście. Gdyby poczuł zapach krwi, wywąchałby także zapach tych bękarcich smokoludzi. Pochylił się w bok i skręcił. Siedząca na jego grzbiecie Phair Caron wydała z siebie dziki okrzyk bitewny.

Krwawy Klejnot rycząc, poszybował w dół, nad topole, gdzie smokowcy zapędzili elfy w mroki lasu. Jakiś dom stanął w płomieniach, podpalony jaskrawą pochodnią trzymaną w pięści smokowca. Z wnętrza dobiegał krzyk kobiety i zawodzenie dziecka, ale wnet głosy te zagłuszył świst zajmującego się ogniem dachu. Wraz z czarnym dymem w powietrze uniósł się słodki odór płonącego ciała.

- Jaki słodki ogieniek! - wykrzyknęła Phair Caron. - Ale my potrafimy wzniecić lepszy!

Krwawy Klejnot napełnił płuca powietrzem i niczym miech przepuścił je w gardle przez miejsce, w którym znajdowało się źródło smoczego ognia. Płomienie wystrzeliły spomiędzy jego uzbrojonych w kły szczęk jak proporzec zwiastujący śmierć. Ogień dotknął czubków topoli, a Krwawy Klejnot płynął nad nimi, podpalając drzewa dookoła. Dobiegły go przerażone wrzaski elfów. Mężczyźni, kobiety i dzieci, wszyscy zostali zapędzeni w śmiertelną pułapkę, otoczeni z trzech stron przez ściany ognia, a z czwartej przez zastępy koszmarnych istot - uskrzydlonych smokowców, o lodowatym, gadzim spojrzeniu, zdolnych jednym machnięciem ogona połamać kości przeciwnika. Najmniejszy odłam plemienia smokoludzi stanowili baaz, którzy zabijanie ukochali ponad wszystko. Część z nich, jak powiadano, żywiła się swymi ofiarami.

- Teraz zabierz nas z powrotem - krzyknęła władczyni. - To było całkiem zabawne, ale mam jeszcze sporo pracy przed nastaniem zmierzchu.

Krwawy Klejnot zawrócił niechętnie na północ w kierunku gór Khalkist i obozowiska armii. Smokowcy, których zostawili w dole za sobą, kończyli swoją robotę, obracając w zgliszcza każdy dom w wiosce i pozbawiając życia każdego zabłąkanego mężczyznę, kobietę i dziecko. Kilkorgu udało się uciec. Phair Caron widziała to wyraźnie z wysokości, ale nie żałowała, że jest tak daleko. "Niech uciekają Niech pobiegną w dół rzeki, do innych miast, jęcząc ze strachu tak mocno, aż usłyszy ich sam elfi król, Mówca Lorac. Niech wie, że ona nadchodzi!"