[Dragons of a Vanished Moon Final Chapter] [Dalamar Mroczny]
[Gorączka Podróży] [Morderstwo w Tarsis]


Fragment książki "Gorączka Podróży", która wkrótce ukaże się w Polsce. Dziękujemy za udostępnienie tekstu Wydawnictwu Zysk i s-ka.

 

PROLOG

W ten zimny, jesienny dzień cały Las Wayreth otuliła nieruchoma, gęsta mgła. Światło przenikające biały całun było szare i nikłe, Las wyglądał płasko i bezbarwnie. Od czasu do czasu, jakby poruszony szarpnięciem niewidzialnych dłoni, opadał w dół jakiś liść, gdy zebrana na nim wilgoć ciągnęła go w dół.

Przez zasłony mgieł przedzierało się dwu krasnoludów mordujących się z ciężarem dźwiganego przez siebie bezwładnego ciała. Mieli na sobie proste, wełniane kurtki, szerokie pasy i zatknięte za cholewy wysokich butów spodnie. Swoje brzemię targali ku kępie młodych brzóz, gdzie rzucili je na wilgotną trawę i przystanęli, opierając się na przyniesionych z sobą łopatach.

- Powinniśmy wykopać grób - stwierdził pierwszy, drapiąc się bezmyślnie po bezbrodej szczęce. Był młody, a długie włosy miał związane w kosmyk, jak czeladnik lub uczeń.

Drugi z krasnoludów potrząsnął swoją długą brodą.

- Nie sądzę, żeby się tym przejmował. Jego krewni też nie raczyli się tym zająć. Nie będę sobie nadwerężał grzbietu z powodu jego zwłok. Sprawimy ucztę krukom, a do rana zostaną zeń same kości i nikt się nie będzie przejmował jego zniknięciem. - Wytarłszy splamione krwią dłonie w spodnie, brodaty krasnolud pogrzebał chwilę w workowatej kieszeni. Wyciągnął z niej fajkę i kamień wielkości śliwki. Zręcznymi palcami musnął go, naciskając ukryty zatrzask. Kilkoma szybkimi dmuchnięciami ożywił płonący wewnątrz węgielek i zapalił odeń fajkę. Chwilę później w gęstym powietrzu pojawiły się pierścienie dymu, które szybko stopiły się w jedno z mgłą.

- To już trzeci w tym tygodniu - przypomniał młodszy krasnolud. - Jak sądzisz, co ich tu sprowadza, skoro znają cenę niepowodzenia?

Starszy, spowity kłębami dymu, spojrzał na zwłoki. Tors trupa był rozerwany. Spod splamionej krwią szaty sterczały potrzaskane żebra. Prawe oko zostało wyrwane - ze sporą częścią twarzy. Ramię po tej samej stronie było nienaturalnie wygięte i najwyraźniej złamane w kilku miejscach, a dłoń pozbawiona kciuka.

- Czy naprawdę ją znają? - zastanawiał się głośno. - Gdybyśmy zamiast ukrywać tego jegomościa tutaj, zostawili go przy wejściu, może wtedy by wiedzieli. Większość z tych, co przybywają do Wieży Najwyższej Magii, to młodzi uczniowie czarodziejów, pełni wiary we własne siły i stojący przed trudnym wyborem. Mogą przez resztę życia być uczniami, szkoląc się w używaniu pomniejszych zaklęć, albo mogą przyjść tutaj, zajrzeć w oczy śmierci i zdobyć prawo do noszenia szat prawdziwego czarodzieja - urwał. - Twardy to system, chłopcze, ale Konklawe Czarodziejów wie, co robi. Magia to najpotężniejsza siła na świecie. Konklawe nie może jej kontrolować, ale może kontrolować tych, co jej używają. Każdy z magów na Ansalonie, który ma ambicje wzniesienia się nad poziom pomniejszych czarów, musi przyjść do Wieży i stawić czoło próbie, w przeciwnym razie zostanie ogłoszony odstępcą i renegatem, a potem jego niedoszli bracia zaczną go ścigać, by zabić. Jeżeli jest zdolny - i ma szczęście - przejdzie próbę pomyślnie. Jeżeli nie. - Skinieniem głowy krasnolud wskazał pokaleczone okropnie ciało leżące wśród chwastów. Potem chwycił łopatę i ruszył przez mgły z powrotem do Lasu Wayreth i Wieży Najwyższej Magii.

Gdy w Lesie Wayreth dzień zmienił się w wieczór, zimny wiatr porwał zeschnięte liście, tworząc mały wir powietrzny. Na ziemi pod nim spoczywały mizerne resztki martwego czarodzieja. I oto pojawiła się duża, złota moneta, która jakby wyłoniła się spomiędzy liści. Kręciła się w powietrzu tak szybko, że wyglądała jak złota kula. Nie wznosiła się wyżej, nie opadała niżej i nie poruszała z boku na bok - wirowała w samym sercu niewielkiej powietrznej trąby.

Nagle, równie niespodziewanie jak się zerwał, wiatr ucichł, liście opadły na ziemię, a moneta spadła na zimną, pozbawioną kciuka dłoń martwego maga. Gdy zapadł zmrok, nad zasnutą mgłą ziemią ponownie zaświstał nienaturalny zefir.

Oświetlone nikłym blaskiem gasnącego miesiąca zakrwawione palce drgnęły, rozprężyły się, a potem zamknęły na monecie. Zasklepione skrzepami żyły zaczęły tętnić nowym życiem, najpierw spazmatycznie, potem równo i miarowo. Okaleczonym ciałem targnęły skurcze udręki, gdy ze strasznych ran bluznęła krew. Poszarpane skrawki ciała na piersi nieszczęśnika zaczęły się zrastać Wargi wykrzywił chrapliwy jęk, który nabierał mocy, aż wilgotne powietrze przeszył wrzask rozpaczy. Przez chwilę ciało leżało spokojnie i tylko spazmatycznie łapało ustami powietrze.

- Ile dasz za swoje życie, magu?

Jedyne oko czarodzieja otworzyło się na dźwięk chrapliwego głosu, dobiegającego z jego dłoni. Choć ruch był dlań torturą, zmusił się, by usiąść i spojrzeć na trzymaną w dłoni monetę Z jednej strony wyryto na niej roześmianą twarz o ciężkich obwisłych policzkach, z drugiej widniało to samo oblicze, ale jego uśmiech wyrażał drwinę i gniew. Usta były dziurą przebitą w metalu. Mag podniósł monetę, by zajrzeć do dziury, ale to, co w niej zobaczył, sprawiło, że żachnął się ze zgrozą. Drwiące, poszarpane twarze zwieńczające gnijące ciała, które tańczyły lizane ognistymi językami.

- Najpierw doświadczyłeś śmierci, a potem ujrzałeś piekło - i to wszystko podczas jednego dnia - odezwało się uśmiechnięte oblicze. - Może chciałbyś omówić warunki twoich powtórnych narodzin?

Zaskoczony i targany bólem młody mag zdobył się wreszcie na odpowiedź.

- Kim jesteś? - wycharczał. - I jak mi to zrobiłeś?

- Nie poznajesz oblicza swego boga, Hiddukela, mistrza kontraktów i umów, handlarza duszami?

Młody czarodziej wzdrygnął się. Usłyszawszy imię starożytnego, złowrogiego bóstwa, naciągnął na ramiona resztki poszarpanej szaty.

- Ale ja jestem wyznawcą boga neutralności, Sirriona.

Moneta obróciła się w jego dłoni, ukazując mu gniewną twarz.

- I gdzież on jest? - rozległ się okrzyk. - To ja przywróciłem ci życie! Jak zamierzasz mi służyć?

- Nie prosiłem cię o pomoc - odparł cicho młodzieniec.

- Niechże i tak będzie! - ryknęło gniewnie oblicze Hiddukela.

Młody mag poczuł nagle, że znów pękają mu żebra. Z jego ust wydarł się okrzyk bólu. Zaraz potem chlusnęła z nich krew.

- Czego więc chcesz?

- Chcę tego samego co ty - odparła uśmiechnięta twarz boga uspokajającym tonem. - Zemsty za to, jak cię potraktowano w Wieży. Potęgi i szacunku dla mojego wyznawcy. Wszystko to mogę ci dać W zamian proszę jedynie o dusze.

- A cóż mi przyjdzie z życia, jeżeli moja dusza przypadnie tobie? - zapytał młody mag w przerwach pomiędzy jednym i drugim spazmem bólu.

Moneta zaśmiała się ponuro.

- Nie twojej, zbrukanej mrokiem duszy pragnę. Każda mi się nada. Z każdą, którą mi poślesz, zwiększy się twoja moc i zmniejszy twój dług wobec mnie. Spełnię twoje życzenia, i pomogę w urzeczywistnieniu twoich planów w zamian za coś, co nie ma dla ciebie wartości. Czy to nie jest uczciwa umowa?

Młody mag dość długo leżał spokojnie, opierając się plecami o drzewo, a w głowie kłębiły mu się dziwne myśli. Zaznał śmierci i poczucie zimnej grozy wciąż jeszcze było żywe w jego pamięci. Zło, tkwiące w złotej monecie, ofiarowało mu nowe życie. Więcej, ofiarowało mu moc, której odmówiło mu Konklawe Czarodziejów. Ta oferta go kusiła, pociągała. I w końcu jej uległ. Zamknął oczy i wyszeptał popękanymi wargami.

- Zgadzam się.

- Wspaniale! - odparła pulchna, uśmiechnięta gęba. - Od czego zaczniemy?

Czarodziej spróbował wstać, ale zaraz osunął się na drzewo, czując okropny zawrót głowy.

- Trzeba mi odpocząć. A co z moim okiem i kciukiem? Wciąż jestem pokaleczony.

Moneta spojrzała koso na odzianego w łachmany młodzika.

- Nasza umowa dotyczyła przywrócenia ci życia, nie uleczenia twoich ran. Ale jeżeli tego akurat chcesz, możemy ją nieco zmienić. Mam ci przywrócić oko i palec?

Mag odmówił, potrząsając lekko głową. Spoglądając na drwiącą, oświetloną blaskiem księżyca monetę trzymaną w skrwawionej dłoni, zrozumiał, że jeden pakt z bogiem umów mu wystarczy.

CZĘŚĆ I

Rozdział I

BŁYSKOTKA

Dziesięć lat później.

Zbocze pagórka było śliskie od wczesnego, wiosennego błocka. Tasslehoff Burrfoot ostrożnie wybierał drogę pomiędzy bardziej suchymi połaciami, używając swojego rozwidlonego hopaka w celu utrzymania równowagi. Od czasu do czasu przystawał, by przeciwległym końcem kija sprawdzić głębokość błotnistych kałuż. Wiedział z doświadczenia, że błoto może być równie zwodnicze jak niemiłe w dotyku.

Przed dwoma dniami zrezygnował ostatecznie z pomysłu, by dać się podwieźć na wozie jakiegoś kmiotka. Stan dróg był taki, że żaden wóz się na nich nie pojawiał. Za dzień lub dwa szlaki podeschną na tyle, że wozy z łoskotem i skrzypem kół znów będą się mogły po nich toczyć. Tymczasem nadawały się jedynie do pieszej wędrówki.

Tasslehoff miał pewność, że warto było iść piechotą, mimo iż dokuczała mu wilgoć w butach, lgnące do ubrania błocko i ledwo się tlące ogniska na nocnych biwakach. Zamierzał dotrzeć do wzniesionej na wierzchołkach drzew osady Solace, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa było tam na co popatrzeć. Przed kilkoma wiekami, w czasach, jakie nastąpiły po Kataklizmie, mieszkańcy Solace, szukając schronienia przed łupieżcami i myszkującymi wszędzie potworami, przenieśli swoje siedziby w korony gigantycznych vallenów. Obecnie po całym Krynnie krążyły opowieści o ich umieszczonych wśród konarów domkach i wdzięcznych linowych mostkach, spinających je wysoko nad dnem doliny.

Zatrzymując się na grzbiecie, który górował nad bajkową osadą, kender nie mógł się powstrzymać od wydania westchnienia zachwytu. Misternie układane z drewnianych krokwi dachy przezierały przez wierzchołki potężnych drzew, wyglą- dając jednocześnie niezwykle magicznie i przytulnie. W błękitne niebo wzbijały się smugi dymu z kominów.

Tas poczuł niezwykłe podniecenie w płucach, jakby od środka łaskotały go setki par motylich skrzydełek. Nie mogąc się zdecydować, czy ześlizgnąć się w dół, podskoczyć w miejscu czy się puścić biegiem, zrobił wszystkie trzy rzeczy naraz i niemal w okamgnieniu znalazł się na skraju osady.

Zatrzymał się, by spojrzeć na domy nad głową. Z wysokości jego niezbyt imponującego, mniej niż czterostopowego wzrostu wyglądały na zawieszone nadzwyczaj wysoko. Wytrzeszczając oczy, kender wodził wzrokiem od drzewa do drzewa, wchłaniając w siebie każdy szczegół: sposób, w jaki osadzano budowle na wielkich vallenach, liczbę drzwi i okien. Czy były zadbane i jak je pomalowano, rozmieszczenie drabin i schodków. Zauważył też, że nie wszystkie budynki ulokowano na drzewach. Niektóre z nich - a także miejscowa stajnia - stały godnie i zupełnie zwyczajnie na ziemi.

To go nieco rozczarowało, ale i ucieszyło. Nikt mu przedtem o tym nie wspomniał. Z drugiej strony, miasto mniej go zachwycało, skoro konie musiały zostawać na ziemi.

Była to jednak nowa informacja, z pewnością na tyle ważna, by ją zapisać. Pogrzebawszy w worku, który zwisał mu z ramienia, wyciągnął ciasno zwinięty pergamin, niewielki kałamarz i nieco sfatygowane pióro do pisania. Pergamin pokrywały notatki, szkice, i najczęściej niedokończone mapy rozmaitych rozmiarów i kształtów. Tas szybko znalazł pusty jeszcze skrawek i zapisał kilka informacji dotyczących oglądanego teraz miasta, a potem nakreślił niewielki szkic okolicy. Następnie wetknął wszystko ponownie do sakwy i z godną miną ruszył w głąb osady.

Panował tu usypiający spokój. Młode, wiosenne liście vallenów szeleściły przy podmuchach wietrzyku, czemu towarzyszyło granie kapeli owadziego drobiazgu. Nie słychać było ryku osłów, wrzasku dzieciarni ani łoskotu zderzających się wozów. Panowała taka cisza, jakby miasto pozbawione było mieszkańców. Oczy Tasa zwęziły się czujnie i kender zaczął ostrożnie rozglądać się na boki. Od chwili przybycia nie zobaczył ani jednego mieszkańca. Z pewnością coś było nie tak. Błyskawicznie stworzył w głowie rozmaite tego przyczyny. Ludzie mogli zostać uprowadzeni przez łapaczy niewolników albo pożarci przez okryte łuską potwory, które zakradły się do miasta w nocy. Być może wszyscy po prostu nagle wyjechali albo zostali porwani przez jakieś gigantyczne nocne ptaszyska. Ostatnia myśl spowodowała, że kender poczuł zimny dreszcz, obejrzał się więc nerwowo przez ramię.

Zdecydowany znaleźć odpowiedź, Tas odszukał stojące nieco na uboczu drzewo i zaczął się wspinać po krętych, wijących się wokół pnia schodach. Na drzewie wzniesiono przytulnie wyglądający domek i niewielką komórkę, połączone wiszącym mostkiem. Tas zajrzał przez zadymione okna do wnętrza domku, ale niewiele mógł dojrzeć w panującym tam półmroku. Pukanie do drzwi nie dało żadnych rezultatów, a gdy kender spróbował je otworzyć, okazało się, że są zamknięte na głucho. Z jednej ze swoich licznych kieszeni Tas wydobył natłuszczoną szmatkę, w którą zawinięte były zaskakująco liczne, pozaginane i osobliwie ukształtowane druty, pilniki i klucze. Z nosem niemal przytkniętym do drzwi przez kilka długich chwil przyglądał się dziurce w zamku, potem wybrał jeden z wytrychów. Miał go właśnie wsunąć w otwór, kiedy usłyszał hałas z dołu.

Zerknął niżej i zobaczył grupkę kilku ludzi, idących główną ulicą, niosących kosze i rozmawiających ze śmiechem. Po kilku chwilach skręcili w boczny zaułek i znikli Tasowi z oczu.

Natłuszczona szmatka wraz z jej zawartością znikła równie szybko, jak się pojawiła, i kender zsunął się na ziemię.

- Hej, poczekajcie na mnie! - zawołał. Tamci jednak byli już zbyt daleko, by go usłyszeć. Malec począł więc żwawo wyciągać nogi i puścił się w pogoń. Minąwszy zakręt i niewielkie wzniesienie, stanął jak wryty.

Przed jego oczami rozciągało się targowisko. Wszędzie widział kramy, namioty, budki, żebraków, komediantów i innych. W większości ludzi. Uśmiechnął się zadowolony - właśnie odnalazł całą ludność Solace i okolic.

Szybko zbiegł ze wzgórza i dał nura w ciżbę. Ze wszystkich stron słyszał krzyki przekupniów, zachwalających swoje towary i usługi. Wodził wzrokiem dookoła, starając się złowić jak najwięcej różnorodnych widoków. Ledwo zdążył uskoczyć przed osłem, kiedy nie wiedzieć skąd wyłonili się dwaj ludzie niosący na barkach zwinięty dywan. Wsunąwszy się pomiędzy nich, trafił na niewielką, względnie spokojną przestrzeń, niczym wysepkę na wzburzonym morzu. Wiercąc się w różnych kierunkach, łypał oczami na wszystkie strony w daremnym wysiłku zobaczenia wszystkiego od razu. W rzeczy samej zaś widział bardzo niewiele oprócz torsów i rąk, które przepływały obok, przepychały się, gestykulowały, przenosiły rozmaite przedmioty, kupowały i sprzedawały.

Gwałtowny okrzyk z tyłu usłyszał w samą porę, by zdążyć uskoczyć przed wielką beczką, która z hukiem przetoczyła się obok. Drewniany olbrzym wyżłobił w błocie koryto i rozchlapał je na boki - w tym również na nogi Tasa. W pościgu za beczką gnali jacyś dwaj mężczyźni, wyglądający na zafrasowanych i przestraszonych - jeden z nich wykrzykiwał ostrzeżenia, drugi sypał przekleństwami. Patrząc w ślad za beczką i widząc uskakujących z drogi ludzi, Tas zachichotał z satysfakcją. Spektakl zakończyło widowiskowe uderzenie beczki w stoisko stolarza, które zawaliło się z trzaskiem. Całe pobojowisko zakryło barwne, trzepoczące na wietrze płótno, stanowiące osłonę kramu.

Wszyscy widzowie szybko wrócili do swoich zajęć. Gdy kender się odwrócił, by dalej pogapić się na różne rzeczy, poczuł ostry ból w stopie. Zdławił jęk bólu, a potem szybko rąbnął pięścią w biodro krępego jegomościa, który stanął mu na nodze. Niełatwo orzec, czy cios zrobił na człowieku wrażenie, ale z pewnością zwrócił jego uwagę. Rozejrzał się szybko i podejrzliwie, ale niezbyt rosłego kendera dostrzegł obok siebie nie od razu. Gdzieś w głębi jego przepastnej piersi obudziło się gniewne warknięcie. Położywszy jedną łapę na ramieniu Tasa, podniósł nogę i wymierzył kenderowi potężnego kopniaka, który posłał malca prosto w objęcia tłumu.

Tasslehoff wywijał rozpaczliwie rękami i przebierał nogami dla utrzymania równowagi, potknął się jednak na stercie dywanów. Podniósłszy się, usiadł na jej szczycie i wbił wzrok w tłum, rozcierając stłuczoną stopę.

Po chwili z tyłu chwyciły go czyjeś szorstkie dłonie.

- Zabieraj swoje brudne nogi z moich towarów, łapserdaku! - Tas odwrócił się i spojrzał w twarz jakiegoś wściekłego, chudego i brodatego człeczyny w wielkim, satynowym kapeluszu.

Następnie zerknął na swoje poplamione błockiem skórzane spodnie i szlak brudnych, mokrych śladów wiodących przez dywany do miejsca, w którym stał. I zachichotał - czego z pewnością czynić nie należało. Zaledwie zdążył odpowiedzieć: - Bardzo żałuję! - kiedy i kupiec poznał swoją pomyłkę.

- Kender! A ja cię wziąłem za niewinne dziecko! Precz! - ryknął niczym rozjuszony byk.

- Ale tamten mnie popchnął! - zaprotestował Tasslehoff. - To nie moja wina, że.

- Precz! - Kupiec poczerwieniał jak indyk. Błyskawicznie obmacał tors kendera, wsuwając łapy pod wełnianą kurtkę i do jej kieszeni, co sprawiło, że Tas znów zaczął chichotać. Kiedy kupiec się upewnił, że kender niczego przy sobie nie ukrył, obrócił malca i pchnął go precz, ponownie w sam środek kłębiącego się tłumu.

Ktoś nieznający kenderów mógłby pomyśleć, że tak szorstkie traktowanie onieśmieliło przynajmniej Tasslehoffa, ale przedstawiciele drobnokościstego plemienia tak łatwo się nie zniechęcali. Wszystko było częścią jarmarkowego rytuału, a Tas lubił towarzyszące temu podniecenie. Częściowo należało to też przypisać smakowi wypiekanych spiralnie ciasteczek z cukrową polewą, które nabył od pozbawionej już zębów, ale jowialnie nastawionej do świata i rumianej niczym jabłko starszej przekupki. Machinalnie oblizując palce z lukru, Tas ruszył na dalsze myszkowanie po okolicy.

Cały teren przenikały dźwięki i nuty egzotycznej melodii granej na jakimś instrumencie smyczkowym i cymbałkach, która ujęła Tasslehoffa swoim pulsującym rytmem. Niczym myśliwski pies, idący za tropem, kender przecisnął się przez gwarny tłum i dotarł do niewielkiej sceny. Tańczyła na niej i wirowała ciemnoskóra kobieta, której jedwabne szale powiewały na wietrze jak muślinowe płatki kwiatów. Na jej kostkach, nadgarstkach i biodrach dzwoniły stalowe monety. Zachwycająca, dziwna muzyka wydawała się pełna kolorów i odległych zapachów.

Ale i to nie zdołało przykuć na dłużej uwagi Tasa, bo tuż obok rozpoczął swój występ jakiś magik.

Całą scenę zasnuły paskudnie pachnące dymy. Wśród oparów nagle coś zaszumiało i oto pojawił się człowiek skrzywiony w groźnym grymasie. Tłum cofnął się z obawą, choć Tas gotów był przysiąc, że tuż przed "materializacją" maga zobaczył drgnięcie kurtyny. Iluzjonista był odziany w ciemnozieloną długą do ziemi szatę, tak mroczną, że niemal czarną. Miał też na sobie krótszą kurtkę tej samej barwy, obrębioną futrem i sięgającą do pasa. Jedno i drugie było ozdobione tajemnymi symbolami rozmaitych rozmiarów i kolorów.

- Jam jest wielki i potężny Fozgoz Mithrohir - oznajmił czarodziej - wnuk i jedyny żyjący dziedzic równie wielkiego i potężnego Fozgonda Mithrohira, Najwyższego z Wiecznych Światłości i Wielkiego Musztarda Imperialnego Bractwa Zielonych Magów! Cofnijcie się!

Z tymi słowy wyjął z lewego rękawa różdżkę i pomachał nią zamaszyście ku tłumowi, który w rzeczy samej cofnął się z respektem.

- Wezwę teraz na to miejsce i ukażę wam mocą mej sztuki i władzy stwory z innych wymiarów, bestię z miejsc strasznych ponad wszelkie wyobrażenie, dokąd jedynie mnie, Fozgozowi, udało się dotrzeć i wrócić Pozbądźcie się obaw, stwór jest całkowicie w mej mocy i pod moją władzą. Jestem panem tego okropieństwa, nad którym zdobyłem władzę drogą czarodziejskich pojedynków przeciwko najstraszniejszym potworom jego magicznego świata! A teraz uciszcie się i odstąpcie precz!

Tasslehoff, jak zresztą wszyscy inni widzowie, stał, nie mrugnąwszy okiem, i gapił się na Fozgoza, który wywinął swoją laską w powietrzu, tworząc wymyślny wzór. Z końca laski sypnęły się iskry, a potem z głośnym hukiem w tłum poleciała kolejna chmura dymu. Tasslehoff i stojący bliżej widzowie odskoczyli w tył, przecierając załzawione oczy i kaszląc zaciekle. Pierwszym, który ponownie ruszył do przodu, był Tas, uporczywie gapiący się w kłęby dymu. Gdy dym się rozwiał, wyłoniło się zeń nieco oszołomione i nie za bardzo groźnie wyglądające stworzenie, podobne do. Tas wyraźnie widział, że było wielkości i kształtu kozy, ale bez sierści i pokryte pomarańczową łuską. Miało tylko jeden róg. Tłum żachnął się w przestrachu. A stwór stał dość spokojnie, najwyraźniej coś przeżuwając. Tas wyciągnął rękę, by go pogłaskać, ale akurat w tejże chwili asystent czarodzieja podbiegł i uprowadził stwora za kurtynę.

Fozgoz uniósł brwi tak, że gdyby to zrobił kto inny, byłby je sobie zwichnął. Wbił wzrok w Tasslehoffa i oznajmił:

- Jesteś dzielnym i przedsiębiorczym zuchem, mój mały. Ten stwór byłby ci wydarł ramię i połknął je w całości, a potem popiłby twoją krwią na deser, gdybym nie powstrzymał jego zwierzęcych instynktów.

- Wyglądał jak zwykły kozioł - stwierdził Tas ogarnięty podejrzeniami.

- Zauważyłeś, prawda? - odparł Fozgoz z pobłażliwym uśmiechem. - To dlatego, że we wszechświecie istnieje tylko określona liczba form. Aby pozwolić na istnienie wszystkich stworzeń, niektóre formy muszą zostać użyte dwukrotnie, albo i częściej, w wielu wymiarach istnienia. Nie dajcie się zwieść. Ten stwór przypominał kozę tylko zewnętrznie. - Zdumiony tłum powitał tę nową rewelację przytłumionym pomrukiem.

Uparty Tas odwrócił się do stojącego obok mężczyzny.

- No, ale to wyglądało jak kozioł. Nie sądzisz?

Zanim zagadnięty zdążył odpowiedzieć, wtrącił się Fozgoz.

- Powiedz mi, mały wędrowcze. Jesteś kenderem?

- Tasslehoff Burrfoot, z Burrfootów mieszkających w Kenderówku. Może o nas słyszałeś?

- Na całe szczęście nie - stwierdził Fozgoz, wywołując przelotne śmieszki w tłumie. - Ale jestem pewien, że wszyscy wiedzą, jak niezwykłe i rozmaite rzeczy nosi kender w swojej sakwie. Może pozwolisz? - Mag wyciągnął dłoń i spojrzał na Tasa ponownie, w osobliwy sposób unosząc brwi.

Twarz kendera pojaśniała.

- Jasne, oczywiście, że tak! - Tas zrobił krok ku przodowi i zdjął sakwę z ramienia. Kiedy zaczął rozwiązywać rzemienie, Fozgoz wstrzymał go władczym gestem.

- Poczekaj - polecił - w końcu jestem czarodziejem. Mogę zobaczyć, co jest w środku, a nawet. Tak, wywołać czarami i wyjąć z niej wszystko, choćbyś nie tknął więzów. Stań tutaj.

Tasslehoff posłusznie podszedł do boku czarodzieja. Mag dotknął lekko lewą dłonią skórzanej powierzchni sakwy. Prawą ręką znów nakreślił w powietrzu wymyślny wzór różdżką.

- Teraz się rozluźnij, mój dzielny przyjacielu - ostrzegł. Otworzywszy szerzej oczy, zacisnął wargi i przesunął laską obok sakwy. - Radorum, Radorae, Radirix, Radostrum! - Z końca laski trysnął deszcz iskier, które obsypały Tasa od stóp po czubek głowy. Fozgoz cofnął się tryumfalnie z wysoko uniesioną prawą ręką. Wszyscy w tłumie wydali westchnienie podziwu. Mag powoli opuścił dłoń ku oczom kendera, który ujrzał w niej zasuszoną kruczą łapkę i dziób tegoż ptaka.

Tasslehoff obrzucił oba trofea zaskoczonym spojrzeniem.

- No, no. zupełnie o nich zapomniałem. Ale posłuchaj, nie widziałeś najlepszego. Czekaj, niech ci pokażę. - Zanim Fozgoz zdążył zareagować, Tas sięgnął do sakwy, otworzył ją i wyjął piękne, pomarańczowo-zielone ptasie pióro. - To pióro z ogona harpii. Kieł minotaura, kędzior włosów kogoś, kto swego czasu był wielką figurą, a tu trochę pyłu z powierzchni Lunitari. A może to był Solinari? Wuj Trapspringer przywiózł go z jakiegoś księżyca. A gdzie to sproszkowane kopyto Pegaza? A, i mam tu jeszcze rozmaite mapy ze wszystkich miejsc, w których byłem. To znaczy prawie wszędzie już byłem, choć wielu miejsc jeszcze nie widziałem.

Tłum zaczął się cisnąć bliżej - wszyscy chcieli zobaczyć dziwne i niezwykłe rzeczy, jakie Tas unosił w górę swoimi małymi piąstkami. Fozgoz usiłował odepchnąć ciżbę, ale niewiele wskórał.

Czarodziej zamierzał już zrezygnować z reszty występu, gdy usłyszał głos kendera wywołujący jego imię.

- Potężny Fozgozie! Spójrz!

Widzowie rozstąpili się tak, żeby mag mógł zobaczyć kendera, który w wyciągniętej rączce trzymał kruczy dziób i dwie zasuszone łapki.

- No popatrz, znalazłem je u siebie! Wróciły do mojej sakwy! Jak to zrobiłeś, bez wymachiwania swoją różdżką?

Zaskoczony Fozgoz zerknął na swoją rękę, by zobaczyć, czy to, co trzymał w dłoni, jeszcze tam było. Było. Na nieszczęście dla niego przynajmniej kilkunastu widzów zobaczyło to samo.

- Hej, co to za oszukańcze sztuczki? - zapytał jeden z roślejszych członków audytorium, podchodząc do Fozgoza.

- Za kogo ty nas bierzesz. Za gromadę durniów? - zapytał drugi. - Widywaliśmy już tu takich oszustów!

- Oszustów? Na twoim miejscu trzymałbym język za zębami, mój poczciwcze - najeżył się Fozgoz. - Tym razem daruję ci zuchwalstwo, ale bacz, byś nie nadwerężył mojej cierpliwości! Ostrzegam was wszystkich. Nawet czarodziej tak cierpliwy jak ja może nie wytrzymać.

- Jak jesteś takim wielkim magiem, to czemu się zniżasz do zabawiania gawiedzi na jarmarku?

Teraz na Fozgoza napierano już z trzech stron, a jego groźby i ostrzeżenia przestały wywierać jakikolwiek efekt. Gapie głośno i dość krytycznie wyrażali się o widowisku oraz domagali natychmiastowej demonstracji prawdziwej mocy.

- No, dalej, Fozgozie. Walnij mnie tu błyskawicą. - parsknął pogardliwie jeden z nich, ku uciesze tłumu wskazując na swą pierś.

- Dobra. Nie mówcie, że was nie ostrzegałem! - zawrzał gniewem Fozgoz. - Cofnijcie się albo zrobię coś, czego długo będziecie żałowali. Mogę po prostu. Wielkie nieba! Gdzie się podziała moja laska?

Znalazłszy się w odległości kilkunastu kroków od rozjuszonego maga i coraz bardziej rozbawionych widzów, Tasslehoff ponownie zawiązał rzemienie swojej sakwy i zarzucił ją sobie na ramię. Jego i bez tego pomarszczoną twarz przecinały teraz kolejne zmarszczki wywołane głębokim rozczarowaniem z powodu mizernego pokazu magii. Gdy przeciskał się pomiędzy gapiami, z jego sakwy posypało się kilka iskier, na co jednak nikt nie zwrócił już uwagi.

- Obrażacie mnie! Przyszliście tu po to, by mnie znieważać?

Tasslehoff gotów był już przeprosić tego, kto poczuł się urażony - choć właściwie nie bardzo mógł sobie przypomnieć, kogóż to ostatnio obraził - ale powstrzymał go inny głos.

- Obraza? Ja was obrażam? To wy obrażacie wszystkich dookoła, wywieszając takie ceny!

Tasslehoff szybko poszukał wzrokiem źródła sprzeczki. Jakiś człowiek, który, sądząc po stanie jego znoszonej, trwałej i praktycznie skrojonej odzieży, przywędrował tu z daleka, spierał się z krasnoludem o jakiś towar. Krasnolud niedawno przekroczył wiek średni, miał siwe włosy nad krzaczastymi brwiami, czerwony, bulwiasty nos i wąsiska kryjące pogardliwie skrzywione wargi.

- Towary? Nazywacie to towarami? Powinniście mi podziękować za to, że zechciałem się zatrzymać i na to popatrzeć!

Obaj rozmówcy najwyraźniej się nie zgadzali ani co do jakości, ani co do ceny klejnotów sprzedawanych przez krasnoluda. Tasslehoff zobaczył, że krasnolud, czerwony jak burak, położył trzymaną przez siebie srebrną broszę i piękny łańcuchowy naszyjnik obok małej bransolety w szklanej gablocie. Rozpostarłszy swoje grube dłonie z przodu niebieskiej kurtki, zrobił taki gest, jakby chciał odepchnąć precz niezbyt uprzejmego klienta.

- Wybaczcie mi, cudzoziemcze - odezwał się szorstko - ale nikomu nie pozwolę krytykować jakości moich dzieł, jestem bowiem jedynym krasnoludem, któremu kiedykolwiek powierzał prace zlecone sam Mówca Słońc. Moje ceny są bardziej niż uczciwe. Sprzedaję oto klejnoty, nie ryby. Jeżeli chcecie się targować, to ryb wam trzeba. Idźcie ich poszukać. - Powiedziawszy to, poirytowany krasnolud odwrócił się ku innemu klientowi. Ale natrętny człowiek nie dał się tak łatwo zbyć.

- Ryby! - prychnął. - A jakże, to w rzeczy samej uczciwy interes! Każdy może stwierdzić węchem, jeśli towar jest kiepski. Ale z klejnotami to inna sprawa. - Człowiek pochylił się nad gablotą i zajrzał do środka, gmerając palcem wśród leżących wewnątrz przedmiotów. - Widzę tu coś, co jest interesujące, i gdybyście okazali rozsądek wystarczający do uzgodnienia ceny.

Krasnolud odwrócił się ku człowiekowi.

- Powiedziałem wam, że ta bransoleta nie jest na sprzedaż! Ile razy mam wam to powtarzać? Nie sprzedam jej za żadną cenę, a szczególnie za te godne handlarza rybami pieniądze, o których mówiliście. - Dla podkreślenia swojej determinacji krasnolud wyjął zza pasa niewielki klucz i zamknął nim gablotkę ze sporną bransoletą. - A teraz, jeżeli już zrezygnowaliście z dalszych prób zawracania mi głowy.

Tasslehoff stracił wątek sporu, ponieważ skupił swoją uwagę na będącej jego przedmiotem bransolecie. Była to raczej prosto kuta miedziana błyskotka z kilkoma osadzonymi w niej kamieniami i ozdobiona rytami dostatecznie wymyślnymi, by zainteresować jakiegoś kendera, dokładniej zaś mówiąc - Tasslehoffa. Choć jak do tej pory w głowie nie postała mu nawet taka myśl, teraz zapragnął zobaczyć, jak ta ozdoba by wyglądała na jego nadgarstku.

Chwilę później stał już obok stoiska krasnoluda. Była to dość prymitywna konstrukcja, jak większość innych na jarmarku, zrobionych z ułożonych na beczkach desek albo tarcic osłoniętych z trzech stron zasłoną lub namiotem z tyłu.

Ten kram nie był bardziej czysty czy brudny od innych, choć rozmaitość przedstawicieli ras biorących udział w jarmarku stworzyła właścicielowi pewne problemy. Jak każdy przeciętny krasnolud miał około czterech stóp wzrostu, co sprawiało, że najwygodniej mu było umieścić ladę dwie stopy od ziemi. Ale większość jego klienteli stanowili ludzie. Aby przyjrzeć się dobrze towarom, potrzebowali lady znacznie wyższej - co umieszczało ją na wysokości nosa jubilera. Postępując zgodnie z duchem kompromisu krasnolud umieścił ladę na wysokości trzech stóp, jednako niewygodnej dla wszystkich.

Głowa Tasslehoffa wznosiła się tuż nad deską i mógłby wygodnie oprzeć na niej brodę, gdyby się zmęczył albo gdyby zechciał odpocząć. Nie był jednak zmęczony i nie zamierzał odpoczywać. Chciał natomiast dobrze sobie obejrzeć bransoletę.

W oczywisty sposób wyłożono ją tu po to, by wszyscy ją mogli podziwiać, powiedział sobie kender. Krasnolud zamknął gablotkę tylko po to, by zniechęcić grubianina. Tas wyjął ze swego zawiniątka długą, cienką igłę, niepostrzeżenie sięgnął w końcu ponad stołem i otworzył maleńki zameczek, co krasnolud byłby z pewnością zrobił sam, gdyby nie miał na karku innych spraw, przekonywał kender sam siebie. Wsunąwszy palce pod szkło z boku, wymacał nimi zimny metal ozdoby. Szybko odwrócił się, by obejrzeć przedmiot, ponieważ z drugiej strony kramu było lepsze światło.

Miedzianą bransoletę wykonano z wyjątkową prostotą, co kenderowi osobliwie odpowiadało. Z niemałą uciechą odkrył też, że wprawiono w nią cztery półszlachetne kamienie, tak jak się tego zresztą spodziewał. Co więcej, były to dość osobliwe kamienie, takie, jakich jeszcze nigdy nie widział. Miały jasną, bursztynową barwę. Każdy z nich różnił się kształtem od pozostałych, żaden jednak nie miał więcej niż niewiele ponad pół centymetra średnicy. Bransoleta była też mała - z pewnością nie wykonano jej na ludzki nadgarstek, ani tym bardziej na solidną łapę krasnoluda. Kender wsunął ją sobie na rękę i przez chwilę podziwiał dopasowanie oraz niezwykłą wprost lekkość.

Odwróciwszy się ku kramowi, by zadać właścicielowi kilka pytań, spostrzegł ku swemu zdziwieniu, że krasnolud gdzieś przepadł. Tłum, który kłębił się w pobliżu, też się rozpływał - znikł z nim razem i nachalny klient.

- Wybaczcie, ale czy nie moglibyście. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, gdzie. - Tas przebiegał szybko od jednej z oddalających się grup widzów do drugiej, ale nie zechciał nań zwrócić uwagi nikt, kto mógłby mu powiedzieć, gdzie przepadł krasnolud. Po kilku chwilach okazało się, że stoi sam przed pustym kramem.

Z otwartej gabloty na ladzie wybrał jakąś srebrną broszę. Obracając ją w palcach, musiał przyznać, że wykonał ją nie lada mistrz. Inne wyłożone w gablocie miały wspólny, wyróżniający je styl, ale bransoleta, choć najwidoczniej wykuta przez tę samą rękę, była węższa i skromniejsza. Nie miała też żadnej z cech charakterystycznych dla roboty krasnoludów - ciężkich zdobień, sporych rozmiarów kamieni, barwnych ozdób z innych metali czy minerałów ani egzotycznych upiększeń.

Wkładając broszę i kilka innych przedmiotów do gabloty, podjął decyzję. Bransoleta była z pewnością zbyt cenna, żeby ją zostawić pod zamknięciem dość mizernego w końcu zamka w którejś z gablot. Właściwie taki postępek byłby czynem skrajnie nieodpowiedzialnym. Zamiast tego lepiej będzie, jeżeli Tas przechowa ją bezpiecznie na swojej ręce, dopóki nie znajdzie krasnoluda, by mu ją oddać.

Kender szybko i zręcznie odwrócił się od kramu, by ruszyć na poszukiwania beztroskiego sprzedawcy. Spodziewał się, że przyjdzie mu go długo szukać - w końcu Wiosenny Jarmark zajmował rozległy teren, a krasnolud mógł być wszędzie. Oddalił się może na odległość pięciu kroków, kiedy zatrzymał go grzmiący ryk.

- Złodziej! Łapcie tego złodziejaszka!

Kender szybko rozejrzał się dookoła, w nadziei, że zobaczy zuchwałego łotrzyka i może nawet poczęstuje go kamieniem z procy umieszczonej na końcu hoopaka. Niestety - nie zobaczył nikogo, kto byłby uciekał w panice. Nie zobaczył też nikogo, kto wyglądałby jak "złodziejaszek", choć pomyślał, że to mogła być tylko figura retoryczna. Zamiast tego widział wielu ludzi, którzy gapili się na niego.

Obejrzawszy się przez ramię, zobaczył, że w jego stronę pędzi krasnolud, rozjuszony, czerwony z gniewu i niemal puszczający dym uszami. Kender zręcznie uskoczył w bok, by go przepuścić obok siebie, iżby jubiler mógł pobiec dalej w pościgu za złodziejem, krasnolud jednak zatrzymał się nagle i błyskawicznie chwycił Tasa potężnym łapskiem za gardło, a wszystko to jednym płynnym ruchem, co jak na krasnoluda było nie lada wyczynem.

Złapawszy obiema dłońmi za barki kendera, krasnolud potrząsnął nim tak gwałtownie, że Tasowi zagrzechotały zęby. Krasnolud zapluł się niemal z wściekłości. Był tak rozjuszony, że z trudem wydobywał z siebie słowa.

- Dawaj, tu mój towar, ty mały. Nogi ci powyrywam. Twoją rasę powinno było pochłonąć morze podczas Kataklizmu. Straż! Straż! Powinienem. Straż!

- Towar? - Zdumiona mina Tasslehoffa przyprawiła krasnoluda o jeszcze głębszą furię. - Myślisz, że coś ci ukradłem? - Kender stał, trzymając jedną rękę za plecami, a drugą wskazując na siebie, jakby chciał rzec: "Ja? Cały ten zgiełk przeze mnie?".

- Uuuuch! - Jubiler był tak wściekły, że musiał puścić kendera, bo z najwyższym trudem utrzymywał przy sobie swędzące go potężnie dłonie. W końcu tupnął nogą i obrócił się wokół osi, by choć trochę uśmierzyć gniew. Po chwili zdołał się uspokoić na tyle, że mógł coś powiedzieć.

- Śmiesz jeszcze przeczyć? Straż! Widziałem ją na twojej ręce!

- Nie sądzę, żeby coś na niej było - odparł Tas z urazą, patrząc na swój lewy nadgarstek.

- Nie na tej! - zgrzytnął brodacz. - Na tej drugiej, ty bęcwale! Na tej, którą kryjesz za plecami! - Krasnolud złapał Tasa za ramię i spróbował mu je wyciągnąć zza pleców. - Jest tu, na twojej ręce! - powtórzył. Szarpiąc nieustannie, rozglądał się gorączkowo dookoła. - Gdzież są ci strażnicy?

Tymczasem wokół kramu zrobiło się solidne zbiegowisko, którego członkowie tłoczyli się jeden przez drugiego, by zobaczyć, kto tak wrzeszczy. Temperament krasnoluda był dobrze znany mieszkańcom Solace i nikt nie chciał stracić widowiska (choć nikt też nie chciał zaryzykować podejścia bliżej). Jakiś wysoki, szczupły, ale żylasty młody człowiek przecisnął się pomiędzy gapiami.

- A, nareszcie jest strażnik! - westchnął Tas. - Mam nadzieję, że wszystko się zaraz wyjaśni, bo ogromnie jest mi głupio.

- Dzięki bogom wreszcie się zjawiłeś, Tanisie - sapnął krasnolud, zwracając się do przybysza i ignorując komentarz kendera. - Proszę cię, poszukaj szybko strażnika.

- Czemu nie zaczniesz od wyjaśnienia mi, co się tu wyrabia, Flincie? - zapytał ten, którego krasnolud nazwał Tanisem.

- Sam też chciałbym się dowiedzieć. - Tasslehoff wyzywająco wypiął swą wąską pierś.

- A co, nie widać? - Flint prychnął pogardliwie. - Ten podstępny mały łotr ukradł moją bransoletę i właśnie z nią umykał. - Krasnolud wyciągnął wreszcie zza pleców prawe ramię Tasslehoffa i odsunął mankiet, żeby pokazać wszystkim miedzianą bransoletę na szczupłym nadgarstku. - O, tu ją schował!

- Mówisz o tej bransolecie? - Tas był szczerze zdziwiony. - Ja jej wcale nie ukradłem. Przeciwnie, chroniłem ją, by nikt ci jej nie zwinął. A teraz akurat wybierałem się, żeby cię odszukać. Zostawiłeś ją na stole, skąd mógł ją zwędzić każdy z przechodzących obok. - Tasslehoff pouczająco potrząsnął palcem przed nosem krasnoluda. - Naprawdę powinieneś bardziej uważać na swoje rzeczy!

- Była zamknięta w gablocie! - wrzasnął krasnolud, popychając szorstko pierś kendera.

- Masz bardzo prymitywny zamek - stwierdził Tas tonem wymówki, absolutnie się nie przejmując wściekłością jubilera. - Równie dobrze mógłbyś to wszystko zostawić otwarte.

Spokój kendera jeszcze bardziej rozjuszył krasnoluda.

- Nie dam się nabrać na tę waszą udawaną kenderską niewinność! - Rozejrzał się dookoła, desperacko szukając w tłumie kogoś, kto byłby go poparł. - Chcę, by tego złodzieja zakuto w dyby i zabrano precz!

Tanis pochylił się ku krasnoludowi i przemówił, osłaniając usta dłonią.

- Flincie, nie sądzę, żeby to było konieczne. Jestem pewien, że ten malec nie chciał zrobić niczego złego.

Zwracając się do kendera, młody człowiek kontynuował swe dzieło pojednania.

- Jeżeli oddasz bransoletę, a także wszystko inne, co zabrałeś, możemy zapomnieć o całej sprawie.

Tas był pod wrażeniem, jakie zrobiło na nim poczucie sprawiedliwości i szczerości malujące się na obliczu młodzieńca - a niewiele podobnych mu twarzy zobaczył od momentu zjawienia się w Solace.

- Uczynię to z radością - odpowiedział. - Cały czas to właśnie chciałem zrobić. - Jeden szybki ruch i bransoleta zsunęła się z jego nadgarstka, trafiając w ręce swego właściciela. Ten chwycił ją z gniewnym pomrukiem i natychmiast schował za pazuchę swej obszernej kurtki.

- Może się poznamy - zaproponował kender z naciskiem w głosie. Krasnolud nie raczył nawet odpowiedzieć na jego spojrzenie.

Tymczasem młody człowiek odwrócił się do tłumu, kwitując ciekawość gapiów machnięciem ręki.

- To wszystko, ludzie, już nic interesującego się tu nie zdarzy. Wracajcie do swoich spraw. - A potem spojrzał na kendera. - Mam na imię Tanthalas, ale wszyscy nazywają mnie Tanisem. Ten tu krasnolud, którego chyba głęboko uraziłeś, jest moim kompanem i przyjacielem. Nazywa się Flint Fireforge. Nie miej mu za złe jego krzyków - nie jest aż taki zawzięty.

- Nie mogę wprost wyrazić, jak bardzo jestem rad z tego, że cię spotkałem, Tanisie. - Tasslehoff wyciągnął rękę i mocno uścisnął podaną mu prawicę. - Jesteś pierwszą obcą osobą, która kiedykolwiek uprzejmie się do mnie odezwała. Jestem Tasslehoff Burrfoot z Burrfootów zamieszkałych w Kenderówku. Może o nas słyszałeś?

Rad jestem zawrzeć znajomość i z tobą, panie Flincie Fireforge. Przykro mi, że źle zrozumiałeś moje zamiary względem tej bransolety. Piękny kawałek roboty. - Tas wyciągnął dłoń, ale krasnolud stał z założonymi na piersi ramionami i patrzył w niebo, aż wreszcie Tanis musiał go trącić łokciem. Spopieliwszy pierwej przyjaciela spojrzeniem, Flint wreszcie - niezbyt chętnie - uścisnął rączkę kendera i przyjął "przeprosiny".

Tanis przez chwilę rozbawiony patrzył na krasnoluda.

- Cóż, Tasslehoffie - stwierdził wreszcie - cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. I życzę ci dobrej drogi, dokądkolwiek się udajesz.

- W zasadzie - odezwał się kender z namysłem - teraz, skoro znalazłem w Solace przyjaciół, mógłbym może zostać na dzień lub dwa.

- W zasadzie - odezwał się Flint - nie mieszkamy w.

Obcas buta Tanisa zgniótł stopę krasnoluda i przerwał wypowiedź.

- Flint chciał powiedzieć, że nawet choćbyśmy tu mieszkali - wyjaśnił Tanis - to za dzień czy dwa zamierzamy stąd wyjechać, jak tylko trochę podeschną drogi. Wiosenny Jarmark potrwa tylko jeszcze dwa dni i wkrótce ruszymy z naszymi towarami na południe, prawdopodobnie do Qualinostu.

- Naprawdę? - Brzmienie tej nazwy rozjaśniło twarzyczkę kendera. - Nigdy nie widziałem starej stolicy elfów, a powiadają, że jej widok zapiera dech w piersiach. Mój wuj Trapspringer spotkał kiedyś Mówcę Słońc. Sam myślałem, żeby się tam udać. - Tas przenosił pełne nadziei spojrzenie z Flinta na Tanisa i z powrotem.

- No. - Tanis przestąpił z nogi na nogę. - Właściwie się nie zdecydowaliśmy. Znaczy. Jeszcze nie. Być może najpierw ruszymy na północ do Abanasinii. Wciąż nie podjęliśmy decyzji. Wszystko zależy od wielu czynników.

- A od czego to zależy? - zapytał kender, mrugając oczami jak wcielenie niewinności.

Krasnolud splótł ramiona na piersiach i spojrzał krzywo na Tanisa, a potem nagle uśmiechnął się przebiegle.

- Wiesz co, Tanisie? Ja też chciałbym usłyszeć jakieś bliższe szczegóły. Od czego to zależy?

Tanis kopnął coś na ziemi i odchrząknął, a potem podjął daremną próbę przełknięcia śliny, która nagle wezbrała mu w krtani i utkwiła w niej niczym kłębek pierza.

- E. jak zwykle. Od stanu dróg i od wieści, jakie usłyszymy od innych podróżnych, kupców. Od tego, czy ktoś potrafi nam wskazać właściwą drogę. No. - Zaczerwienił się mocno. - Jak zwykle.

Tasslehoff skwitował tę enigmatyczną odpowiedź promiennym uśmiechem.

- O wskazówki nie musicie się martwić. Mam niezwykle dokładne mapy wszystkich okolic. Pokazują, skąd biegną drogi i dokąd wiodą. No, przeważnie. Są na nich także zaznaczone złe mosty, miejsca, gdzie trzeba zapłacić wysokie myto, gdzie osiedliły się potwory i gdzie można dostać dobrą strawę. - Kender poruszył ramionami w geście pełnym zdecydowania. - Wiecie, jeszcze będziecie dziękować losowi za to, że mnie spotkaliście!