| "Taki
dziwny półprzytomny tekst, szumnie zwany relacją"
30 styczeń Anno Domini 2003, czwartek,
Dzień Pierwszy.
Krakon zaczął się dla mnie dość stresująco.
Nie zdążę z tym larpem! Avatar dzielnie dodrukowywał
resztę kart postaci, podczas gdy ja popędziłam słynnym
krakowskim nadziemnym metrem nr 24 na spotkanie ekipy
warszawskiej.
Ekipa oczywiście znalazła się w umówionym miejscu wsześniej,
niż niżej podpisana :-/ po dotarciu na jedno ze standardowych
miejsc spotkań zostałam gorąco, uściskowo i rycersko
powitana przez przedstawicielstwo Bractwa, pozostające
pod przywództwem niezwykle kompetentnego arcymaga Nivelisa
:]. Oni umieją się witać :]
Wyruszyliśmy więc zwartą grupą na miejsce konwentu,
mianowicie na ulicę Kijowską 7.
Niżej podpisana miała oczywiście pecha od początku,
tak więc zamiast słusznie się należącego identyfikatora
głoszącego 'tfurca programu' została jeno uczestnikiem...Niv,
nie bądź złośliwy :-/
Sala, w której się zadekowaliśmy została już wcześniej
zajęta przez dość różnorodne towarzystwo...tak więc
na drzwiach można było przyuważyć zarówno znak bliżej
mi nieznanego towarzystwa antycamarillowewgo, jak i
oficjalną listę 'istot' z listy dragonlance-pl, listę
bractwową, oraz własnoręcznie przeze mnie wykonaną informację,
że sala została poświęcona świętej pamięci Akashiroto...Całość
sprowadzała się do tego, że sala była jedną z najbardziej
zatłoczonych, na szczęscie równocześnie najbardziej
klimatycznych :]
W tym momencie Krakon zaczął się oficjalnie. Oczywiście
uczciliśmy tę okazję wyprawą w głąb Krakowa, zwiedzając
rozmaite ciekawe obiekty, od wszelkich możliwych kościołów,
poprzez Sukiennice, kończąc wreszcie w C.K. Browarze,
gdzie żywot swój zakończyły dwie 'rury'...
Po powrocie z tego niewątpliwie interesującego miejsca
niżej podpisana rozpoczęła łapankę do magowego larpa,
kórego miała prowadzić o godzinie 22. Pora ta była bardzo
nieszczęśliwa ze względu na równolegle się odbywający
pokaz 'Dwóch Wież'.
Kwestię filmu może omówię kiedyś oddzielnie...sądzę,
że moje kiepskie możliwośąci reporterskie nie są w stanie
oddać wrażenia, jakie na mnie wywarł
Tak więc gracze i MGowie zgodnie zadecydowali, że larpa
można przełozyć na godzinę późniejszą...co zaowocowało
mrocznogotyckim larpem rozgrywającym się w godzinach
3-7ma rano :]
W tym momencie relatywnie skończył się dla mnie czwartek,
gdyż mocno zmęczona ległam wśród innych wykończonych
erpegowców.
31 styczeń Anno Domini 2003, piątek, Dzień
Drugi.
Dzień zaczął się dla mnie dość wcześnie,
jak na konwent, a mianowicie o 9tej rano. Dwie godziny
wcześniej, niż miałam zostać obudzona dowolnymi metodami
przez pewnego arcymaga, a faktycznie skończyło się na
zbiorowym budzeniu tego ostatniego :]
Tego dnia miałam okazję wysłuchania w miłym towarzystwie
kilku interesujących prelekcji. Dowiedziałam się, co
dzieje się z człowiekiem znajdującym się w przestrzeni
kosmicznej, jak z mowy ciała odczytać, że nudzę rozmówcę,
oraz, że jak chodzi o kwestie erpegowe, reprezentuję
męski punkt widzenia :-/
W tym momencie przyznaję sie, ze pamięć mnie zawodzi,
ale czuję sie usprawiedliwiona: niedziela, po Krakonie,
a ja ciągle na nogach i piszę :]
Ale ad rem. Zgodnie z programem powstaje mi kilkugodzinna
luka pomiędzy ciągiem prelekcjowym a momentem, kiedy
ja, niżej podpisana i szlachetny arcymag Nivelis zorientowalismy
się, ze o godzinie 20 mamy prelekcję...po szybkiej naradzie,
wskoczeniu w odpowiednie kostiumy i pokrzepieniu ciał
pewnymi płynami stawilismy się w sali, aby dać się pożreć
tremie...jakości naszego wystąpienia nie będę oceniać
Po fakcie nadszedł czas rozdawania ról do larpa. Ja
natomiast pozbierałam drużynę, kości, dobrą wolę i inne
rzeczy nieodzowne dla MG i udałam się do sali gimnastycznej
w celu uprzykrzania graczom życia. Próby zmniejszenia
populacji obieżyświatów zmęczyły mnie do tego stopnia,
ze około godziny 4tej udałam się na zasłuzony miszczowski
spoczynek.
1 luty Anno Domini 2003, sobota, Dzień
Trzeci.
Znów nie pamiętam, czym zajmowałam się,
zanim wyruszyłam odeskortować szanowną wycieczkę do
Centrum Sztuki Japonskiej Manggha. W drodze powrotnej
odwiedzilismy pizzerię, w której pokrzepiliśmy sie 'mackami'
i innymi pysznościami, a ja w całym swym geniuszu próbowałam
podpalić się za pomocą świeczki :-/ Trafiliśmy rownież
na Wawel, niestety, nie było dane nam wejść ze względu
na późną porę...wróciliśmy więc do budynku konwentu.
Niedługo potem rozpoczęły się konkretne przygotowania
do larpa, MGowie dawali z siebie wszystko, w przyspieszonym
tempie uświadamiając tych gorzej zorientowanych, gdzie
Silvanesti a gdzie Qualinesti, produkując dodatkowe
role dla licznych chętnych i przekonując wahajacych
się o wyższosci Dragonlance nad Dzikimi Polami. Nie
mając wiele do roboty, podjęłam wyzwanie, wyciągajac
z sakwy magiczne pergaminy Magic: the Gathering i przystąpiłam
do kilku pojedynków, w których osiągnęłam zupełnie niezłe
wyniki Na czas krótki przed rozpoczęciem LARPowego gwoździa
programu okupowałam skutecznie toaletę, usilując wcisnąć
się w suknię, odpowiednią dla statusu granej przeze
mnie postaci, gdyż tym razem nie było mi dane byc sobą,
wrednym i niefajnym renegatem... Przebiegu samego larpa
opisywać nie bedę i nie mogę, z tej prostej przyczyny,
ze sami prowadzący momentami gubili się w podłych intrygach
graczy. Ze swej strony pochwalić się muszę, ze cel swój
osiągnęłam, bawiąc sie przy tym znakomicie.
Tu nastąpiła bardziej żywa, a na pewno głośniejsza część
larpa, wspomagana intensywnie ciałami płynnymi :] Jej
przebieg umiliła nam wizyta naszych ulubionych nazguli,
aczkolwiek tym razem obyło się bez ofiar w ludziach
i innych istotach. Okolo 7mej rano większosc uczestników,
a także pisząca te słowa, wyczerpanych rozmaitymi atrakcjami
zawokła się, bądź została zawleczona do sali sypialnej
i tam legła zasłużenie.
2 luty Anno Domini 2003, niedziela, Dzień
Czwarty i Ostatni.
Ostatni dzień konwentu zawsze tonie w swojskich
stertach śmieci, a uczestnicy niewiele różnią się od
z takim upodobaniem odgrywanych nieumarłych :] Tym razem
nie było inaczej. Większość czasu spędziliśmy na w różnym
stopniu udanych próbach budzenia siebie i innych i zupełnie
czasem nieudanych - znalezienia w czterodniowym bałaganie
swoich rzeczy, jak również tego bałaganu posprzątania.
Teren konwentu opuściliśmy przed godziną piętnastą,
znów wyruszając w Kraków w poszukiwaniu ciepłej strawy.
Jako niemianowany przewodnik wycieczki odprowadziłam
załogę do samego pociągu, gdzie znów padłam ofiarą okrutnych
praktyk pożegnalnych. I na tym koniec...
Chociaż niezupełnie. Z powodu pozostawienia tam pewnej
rzeczy przez pewnego mrocznego paladyna wróciłam do
szkoły przy Kijowskiej 7...Co tu dużo mówić, niewiele
jest rzeczy dobijających mnie w równym stopniu, jak
opuszczony co dopiero budynek konwentu...zwłaszcza,
kiedy przypominam sobie wędrówkę po pustych salach teraz,
słuchając The Cry of Mankind...dzięki Nivelisie raz
jeszcze za płytkę.
Tej relacji nie traktować zbyt serio, piszę
ją w stanie czterodniowego niewyspania, a robię to tylko
dlatego teraz, ze po przespaniu ośmiu godzin zapomnę
wiekszość :] Mogę jeszcze dodać, że tegoroczny Krakon
uważam za wyjątkowo udany. Z wielu powodów: zarówno
pojawienia się najbardziej obecnie mnie interesującej
tematyki, a mianowicie DragonLance, jak i niesamowitej
ekipy, która się stawiła,a także mojego wkładu w program
imprezy. Calość została oczywiście udokumentowana kompromitującym
materiałem fotograficznym :] A teraz na Konkret marsz!!
21:57, 2 lutego Anno Domini 2003. Ankh-Morpork
log-out. "
|