[Dragons of a Vanished Moon Final Chapter] [Dalamar Mroczny]
[Gorączka Podróży] [Morderstwo w Tarsis]


Fragment książki "Morderstwo w Tarsis", która wkrótce ukaże się w Polsce. Dziękujemy za udostępnienie tekstu Wydawnictwu Zysk i s-ka.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miasto pokrywała cienka warstwa śniegu, który odbijał blask księżyca w pełni i posrebrzał wieże, rezydencje oraz liczne wspaniałe budynki miasta. W niektórych oknach widoczna była poświata łagodnego, żółtego światła przyciemnionych lamp. W innych tańczyły jasne płomyki świec, a w kilku migotały pomarańczowe łuny świateł kominków. Z nasad wieńczących wyrastające z dachów kominy, w nieruchome, nocne powietrze unosiły się cienkie smużki białego dymu.

Mężczyzna, który przypatrywał się temu uspokajającemu widokowi, uznał go za przepiękny, choć rozległe, zniszczone i skryte w mroku segmenty miasta wypełniały go smutkiem. Z tamtych okolic nie dobiegał żaden podnoszący na duchu blask ani aromatyczny dym. Smutek ten jednakże w żaden sposób nie psuł mu nastroju, gdyż uważał się za poetę, a poeci lubią stan melancholii.

Stał pod okapem okna należącego do gospody Szczęśliwy Powrót, nazwanej tak w czasach, kiedy w mieście funkcjonował wspaniały port, szczęśliwe powroty wcale nie należały do rzadkości, a wielkie morza przemierzały liczne statki kupieckie. Gospoda mieściła się na wzniesieniu w południowo-wschodnim krańcu miasta, nieopodal prostokątnego fortu, który niegdyś bronił wejścia do zatoki. Z trzeciego piętra gospody mógł zobaczyć całe miasto, gdyż powyżej linii wzroku znajdowały się jedynie jego najwyższe wieże.

"W dawnych czasach miasto nazywano Dumne Tarsis - pomyślał - Piękne Tarsis, a nawet Tarsis Dziesięciu Tysięcy Statków". To było jednak już całkowitą przesadą. "Jakie jest teraz" - zastanawiał się. "Może Umierające Tarsis". Podczas wielkiego Kataklizmu morze opuściło Tarsis, tak jak narzeczona zostaje odtrącona przez swego ukochanego na stopniach świątyni. Na przetrwanie pozwalał miastu jeszcze handel lądowy, choć nie mogło ono już dłużej utrzymywać najstarszych mieszkańców ani cieszyć się dobrobytem, który jeśli nawet nie uczynił go wówczas królową wszystkich miast na świecie, to z całą pewnością ulokował na pierwszej pozycji wśród księżniczek.

Przyłapał się na tym, że ma ochotę stworzyć poemat opisujący tę słynną tragedię, ledwie jednak zdążył rozwinąć otwierający go wers w dwuwiersz, ktoś zapukał do drzwi.

- Wejść - mruknął, nie odwracając się w ich stronę.

Gość, który wszedł do środka, okazał się przysadzistym mężczyzną w fartuchu i czapce, z której dyndał długi ogon, przesuwając się raz po raz obok jego pulchnej, zarośniętej twarzy.

- Ktoś cię odwiedził - oznajmił oberżysta.

Mężczyzna, który stał za jego plecami, był zbyt wyniosły, aby zniżyć się do pukania w jego skromne drzwi. W całości okrywał go czarny aksamit zdobiony srebrnym haftem. Rękawice i buty, które nosił, wykonane były z czarnej, miękkiej skóry, a twarz częściowo okrywała maska, jakie zwykli nosić mężczyźni i kobiety podążający za najnowszą modą. U pasa przytroczony miał długi miecz oraz odpowiadający mu kształ- tem sztylet.

- Dorzuć do ognia, karczmarzu - zażądał arystokrata, nie raczywszy nawet skinąć głową w kierunku niewielkiego ognia, palącego się w stojącym w kącie kominku - i zamknij okiennice.

- Wolę oddychać krzepiącym powietrzem zimowej nocy - oświadczył poeta swoim najłagodniejszym tonem, zatrzymując oberżystę w pół drogi. - Ale z całą pewnością można podsycić ogień.

Obaj mężczyźni trwali w milczeniu, kiedy oberżysta grzebał w palenisku i dokładał podpałki. Dziewczyna w koronkowym staniku i poplamionej spódnicy przyniosła tacę, na której stał dzban, dwa pucharki i pełen wybór ciastek z nasionami, suszonych owoców i twardych sucharów. Napełniła pucharki i wyszła bez słowa.

Zadowolony z buzującego teraz ognia oberżysta podniósł się na nogi.

- Czy życzycie sobie coś jeszcze, panowie? - Uśmiechnął się z nadzieją, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Ukłonił się więc i wycofał się z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

Mężczyzna w aksamitnym stroju podniósł pucharek odzianą w rękawicę dłonią i napił się.

- To ty jesteś Nistur. - Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

- Istotnie - odrzekł poeta, podnosząc drugi pucharek.

- Masz niezłą reputację.

- Zawszę zapewniam swoim klientom satysfakcję.

- Moje imię nie powinno mieć dla ciebie żadnego znaczenia - oświadczył wyniośle mężczyzna w aksamicie.

- I z tego właśnie powodu nie zapytałem o nie. - Arystokrata sprawiał wrażenie zmieszanego, gdyż przywykł do widoku płaszczących się przed nim ludzi z niższych klas, nawet o tak przerażającej reputacji, jaką posiadał ten człowiek. Istotnie, gość ten całkowicie odbiegał od jego wyobrażeń. Dobierając kolejne słowa, uważnie przyjrzał się stojącej przed nim postaci. Mężczyzna o imieniu Nistur był niewysoki i dość przysadzisty. Wykonany z miękkiej, brązowej skóry kabat, który miał na sobie, naprężał troki na wydatnym brzuchu, a w wielu miejscach utracił już swój meszek i świecił wytartymi plackami. Żółte buty, niegdyś wyborne, a obecnie znoszone i poplamione, sięgały do połowy ud, a ich brzegi wywinięte były na zewnątrz. Między kabatem a butami dostrzec można było workowate spodnie w czarno-pomarańczowe pasy. Biała, płócienna koszula z bufiastymi rękawami, postrzępiona była w okolicach kołnierzyka i mankietów. Mimo wszystko jednak mężczyzna rozsiewał wokół siebie aurę schludności i dokładności. Długie palce dużych dłoni nosiły ślady nieskazitelnego manikiuru. Końcówki wąsów były starannie podkręcone, a broda przycięta z zachowaniem symetrii. Gęste, kręcone włosy kończyły się trzy centymetry nad uchem, pozostawiając kopułkę łysej, połyskującej w blasku ognia głowy. Spod sardonicznie ukształtowanych brwi spozierały czarne, bystre i spokojne oczy. - Tworzyłem właśnie poemat na temat półtragicznego upadku twego miasta, kiedy przyszedłeś - rzekł Nistur.

- Poeci lepsi od ciebie uczynili z tego cel swego życia - odparł tamten z drwiną w głosie. - A dlaczego uważasz ten temat za zaledwie półtragiczny?

Kiedy wypowiedział te słowa, poczuł złość na samego siebie, że wyraził zainteresowanie myślami takiego człowieka.

- W wielkich tragediach miasta giną u szczytu swej świetności, tak jak Istar. Trwanie w umniejszeniu jest dla wspaniałych miast faktem haniebnym i nie mieszczącym się w kanonach prawdziwego eposu.

- Nie przyszedłem tutaj dyskutować o poezji - uciął arystokrata. - Chcę, aby ktoś został zabity. Czyż to nie twoje rzemiosło?

- Tak, w rzeczy samej - odparł Nistur. - W głębi serca jestem poetą, lecz dzisiejsze czasy są tak nieprzyjazne dla praktykujących ów boski dar, że zmuszony jestem szukać innego sposobu, żeby zarobić na chleb. Wybrałem więc najstarszy i najbardziej zaszczytny zawód zabójcy.

- Pielęgnuj swoją profesję tak, jak uważasz - rzekł mężczyzna w aksamicie, gładząc długiego, siwiejącego wąsa okrytym rękawiczką palcem, na którym lśnił złoty pierścień, przedstawiający smoka trzymającego w szponach wielką, błękitną perłę. - Człowiek, który musi zginąć, zwie się Ironwood. To najemnik, obecnie przesiaduje w gospodzie na starym nabrzeżu, jednej z tych, jakie upodobali sobie jemu podobni. To, dlaczego musi umrzeć.

- Nie jest moim zmartwieniem. Tak, wiem. Jeśli nie krępuje cię tłumaczenie powodów, dla których wynajmujesz zabójcę, to proszę, nie czuj się zobowiązany do ciągłego przypominania mi o tym fakcie. Nie jesteś moim pierwszym klientem.

Dotknięty tą zuchwałością arystokrata już chciał przywołać zabójcę do porządku, kiedy przerwały im odgłosy dochodzące z ulicy. Ktoś wymieniał pełne złości okrzyki, niezrozumiałe i bezładne na skutek echa, które odbijało się od kanciastych ścian okalających wąską uliczkę, a następnie dobiegł ich odgłos uderzającej o siebie stali. Metal brzęknął płytko i zgodnie, co w uszach doświadczonych mężczyzn na piętrze zabrzmiało jak dźwięk, który wydały z siebie bronie o jednolitym charakterze.

Podeszli do okna i z zainteresowaniem przyjrzeli się rozgrywającej się w dole scenie, przy czym każdy z nich miał własny powód owego zainteresowania. Arystokrata podniósł maskę, żeby lepiej widzieć, zasłonił jednak część twarzy przed spojrzeniem Nistura za pomocą odzianej w aksamitną rękawiczkę dłoni. Zabójca nawet nie próbował spoglądać w jego kierunku. Osobiście uważał, że im mniej wie na temat swych zleceniodawców, tym lepiej.

Na ulicy, w dole, tuzin mężczyzn związało się walką, dzierżąc swe zakrzywione, obosieczne miecze bardziej z entuzjazmem aniżeli z wyćwiczoną umiejętnością. Kiedy dwaj mężczyźni przyglądali się zajściu, pośród przekleństw, okrzyków i wrzasków padł jeden z walczących, a za nim kolejny. Czarna w blasku Solinari krew wsiąkła w śnieg.

Walka toczyła się jeszcze około stu uderzeń serca, po czym walczący w jednej z grup stwierdzili, że mają dosyć i rzucili się do ucieczki, ścigani głosami zwycięzców, którzy ujadali niczym krążące nad ofiarą ogary. Dwóch mężczyzn leżało nieruchomo na ulicy pośród rozlewających się czarnych kałuż, podczas gdy trzeci odkuśtykał w bok, używając długiego miecza jak kuli i ściskając ręką głęboko rozcięte udo.

Arystokrata i zabójca odwrócili się od okna.

- Hałaśliwa banda łotrów - oświadczył pierwszy z nich. - Ostatnio miasto jest ich pełne. Wszyscy używają tych samych, obosiecznych mieczy. W moich czasach mężczyźni pojedynkowali się, używając rapierów. - Dotknął smukłego ostrza u boku.

- Twoje czasy były znacznie bardziej eleganckie - stwierdził Nistur. - Jedyną zaletą używanej przez nich broni jest to, że pozwala na zadanie maksymalnych obrażeń przy minimum umiejętności, co czyni ją idealną dla ulicznych łotrów, jakich przed chwilą obserwowaliśmy. Moja broń jest raczej przestarzała. - Skinął głową w stronę kąta niewielkiego pokoju, gdzie stał oparty miecz w pochwie owiniętej spiralnie pasem. Nie był to rapier, jakiego używał arystokrata, ani zakrzywiony, obosieczny miecz ulicznych bandytów, nie była to także ani prosta, długa i szeroka broń używana przez żołnierzy na polu bitwy, ani kord marynarski. Był to mianowicie miecz o jelcu koszowym i o średniej, około siedemdziesięciocentymetrowej długości ostrza. Obok leżał mały, nabijany kolcami puklerz z kutej stali o średnicy nie przekraczającej trzydziestu centymetrów.

- Ten koszowy jelec już dawno wyszedł z mody - stwierdził arystokrata - lecz przynajmniej jest to broń godna dżentelmena. Obosieczny czy jednosieczny? - spytał z zainteresowaniem. Szlachta z Tarsis uważała się za arystokrację wśród wojowników, choć w rzeczywistości już wiele pokoleń wcześniej zrzekli się tej roli na rzecz zawodowców. Mimo to jednak ćwiczenia z bronią postrzegane były jako cecha godna dżentelmena.

- Jednosieczny - odparł Nistur, mając na myśli jednostronne ostrze, a nie dwustronny, szeroki miecz. - Dwieście lat temu wykuły go krasnoludy z klanu Łamaczy Kowadeł.

- Tworzyły legendarne bronie - przyznał arystokrata. - Mam nawet kilka okazów w rodzinnej zbrojowni. No dobrze, wróćmy do interesów. Wydajesz się dobry w swym rzemiośle i teraz znasz już imię swojej of. swojego celu. Czy potrzeba ci jeszcze czegoś?

- Nie chciałbym zawracać głowy drobnostkami komuś tak szlachetnemu jak ty - powiedział Nistur - lecz nadal otwarta pozostaje kwestia mojego wynagrodzenia.

- Ach, oczywiście. - Mężczyzna w aksamicie sięgnął do schowka przy pasie i wydobył z niego skórzany mieszek, który z malującym się na twarzy niesmakiem rzucił na blat stołu. - To połowa, zgodnie z umową. Jeśli wypełnisz swoje zadanie, skontaktuj się z oberżystą, a dostaniesz resztę.

Nie było mowy o targowaniu się. Wielkość zapłaty za usługę dyktował stary zwyczaj.

- Jest jeszcze coś - dodał arystokrata. - Błahostka, ale dla mnie to ważne.

- Cóż to takiego? - spytał Nistur.

- Ten człowiek nosi dość niezwykłą zbroję. Kiedy zrobisz już swoje, bądź tak dobry i zdejmij ją z niego, i przekaż oberżyście, kiedy będziesz odbierał resztę zapłaty.

Niski mężczyzna zjeżył się z oburzenia.

- Panie, obrażasz mnie! Jestem zabójcą o nieskazitelnej reputacji. Nie okradam martwych! Rozumiem, że w zwyczaju bohaterów, a nawet królów jest zdejmowanie zbroi z pokonanego wroga wyższej rangi, lecz to dzieje się jedynie na polu bitwy. Dla przedstawiciela mojej profesji byłaby to degradacja! Z całą pewnością masz pachołków, którzy mogą to zlecenie dla ciebie wykonać, kiedy ja już skończę swoje.

Wydawało się, że odziany w aksamit mężczyzna wybuchnie gniewem, lecz w jakiś sposób zachował spokój.

- Niech będzie, jeśli masz o sobie aż taką opinię. Po prostu zrób to, co trzeba, i przyjdź po zapłatę.

- Och, to zrozumiałe - odrzekł Nistur, spuściwszy nieco z tonu. - Będziesz wiedział, kiedy robota została wykonana, gdyż otrzymujesz raporty dotyczące wszystkiego, co dzieje się w mieście. Kiedy usłyszysz stosowną informację, przyślij tutaj resztę pieniędzy.

- Jak sobie życzysz - powiedział arystokrata. Poprawił maskę zasłaniającą mu oblicze. - Nie oczekuję kolejnego spotkania. Najlepiej będzie, jeśli opuścisz miasto zaraz po tym, jak odbierzesz swoje krwawe pieniądze, zabójco.

- Nie wiem, co miałoby mnie tutaj zatrzymać, skoro nie będę miał już przyjemności spotkania ciebie, panie - odparł mu.

Mężczyzna w aksamicie odwrócił się na pięcie, otworzył drzwi i znikł, falując połami szaty i połyskując srebrnymi haftami.

Drzwi zamknęły się i Nistur westchnął. Już dawno temu, kiedy podjął się tej żałosnej profesji, wiedział, że będzie zmuszony służyć takim ludziom. Wiedział też, że mężczyzna, który go wynajął, będzie usiłował go zabić zaraz po zakończeniu roboty, najprawdopodobniej korzystając z usług tego, kto dostarczy resztę zapłaty. Ludzie tego pokroju mają wiele do powiedzenia na temat honoru, zachowują się jednak honorowo wyłącznie wobec równych sobie oraz zwierzchników, a i tak tylko wówczas, gdy widzą w tym potencjalne korzyści. Nistur był zmuszony ukarać wielu podobnych klientów w przeszłości.

Uzupełnił swój pucharek i wrócił do okna. Popijając, starał się odtworzyć w głowie rozpoczęty wcześniej poemat, okazało się jednak, że całkowicie umknął mu on z pamięci. Wzruszył ramionami. Nieważne. W tej samej chwili miasto Tarsis przestało już być dla niego tematem godnym poematu. Niech przepadnie i zostanie zapomniane.

Straż nocna odciągnęła już ciała leżące na ulicy w dole. Na zaśnieżonym bruku pozostały ciemne kałuże oraz smugi pozostawione przez wleczone ciała, a na bielonej wapnem ścianie dostrzec można było krwawy, tęczowy łuk, z którego w dół spływały cienkie, długie strużki. Srebrny księżyc oświetlał tę scenę z wielką przejrzystością, w zamian zabrał jednak wszystkie kolory. Nistur przyłapał się na tym, że tworzy kolejny wiersz w zwięzłych strofach eleganckiego stylu istariańskiego epigramu.

Krew na śniegu

Oblicze srebrnego księżyca oświetla blaskiem

Krew niegodziwców

Czy to nocny księżyc, czy jasne słońce

Błyszczy w mej życiodajnej krwi?

Niezwykle zadowolony z faktu, że skorzystał ze swego talentu, Nistur przygotował się do wyjścia i wykonania zadania, do którego został zaangażowany.

Z przyzwyczajenia sięgnął za kabat i upewnił się, że krótki, dwusieczny sztylet znajduje się na swoim miejscu, czyli zwisa na rzemieniu zawieszonym na szyi. Następnie pogrzebał dłonią przy wywróconej na zewnątrz krawędzi buta i wyczuł płaską, kościaną rękojeść długiego noża. Wszystko było w najlepszym porządku. Przytroczył do pasa miecz z koszowym jelcem i odczepił swą małą tarczę z haczyka na pochwie miecza. Z kołka przy drzwiach zdjął szeroki, lekko wypukły kapelusz przyozdobiony długimi piórami. W krawędzie ronda wszyte były cienkie ostrza. Zarzucił na ramiona futrzany płaszcz i na samym końcu nałożył zdobione kolorowym haftem rękawiczki, z dobrej jakości koźlej skóry.

Tak przystrojony Nistur opuścił pokój, zszedł schodami dwa piętra w dół, minął główną izbę gospody i wyszedł na zimne powietrze. Sprawiał wrażenie zwykłego mieszkańca uzbrojonego w jeden rodzaj broni, i to w dodatku w pozbawiony wdzięku, mieszczański miecz z rodzaju tych, którymi gardzili arystokraci i ludzie zajmujący się bronią zawodowo.

Tawerna zwała się Utopiony Marynarz. Zbudowano ją w części z kamienia, a w części z drewna, które w dużej mierze pozyskano ze starych statków. Choć morskie fale już dawno nie uderzały o nabrzeże, znajdujące się o kilka kroków od drzwi wejściowych, miejsce to zachowało swoisty, żeglarski charakter, podobnie jak w czasach, kiedy dostarczało marynarzom prawdziwych rozrywek. W zakątkach oddalonych od głównego kominka, światło dawały stare, marynarskie latarenki. Z krokwi zwisały modele starych okrętów, a na ścianach wymalowano sceny przedstawiające bitwy morskie. Bar wykonany był z ogromnej, płaskiej łopatki smoka morskiego. Tak przynajmniej twierdził właściciel przybytku. Z całą pewnością kość należała do imponująco ogromnej istoty.

Pomimo braku obecności marynarzy z miasta, tawerna dostarczała uciech sporemu i różnorodnemu towarzystwu. Miejsce to upodobali sobie woźnice, poganiacze i właściciele karawan, gdyż Tarsis leżała na przecięciu czterech dróg głównych i wielu mniejszych. Spotykało się tutaj także wielu najemników, którzy nabierali sił po zakończonych, niewielkich wojnach lokalnych.

Niewielu gości było innej rasy niż ludzka, gdyż Tarsis nie było dla takich osób zbyt gościnnym miejscem. Słynące niegdyś z kosmopolitycznego portu, po wycofaniu się morza, miasto zamknęło się w sobie i nabrało zaściankowego charakteru. Nawet przyjezdnym, których była w mieście cała masa, nie pozostawiano wątpliwości, że będą tak długo mile widziani, jak długo będą wydawać tu pieniądze.

Nie zważając na stosunek, jaki mieli do nich ojcowie miasta, kupcy oraz pozostali mieszkańcy, towarzystwo w tawernie biesiadowało, wydając pieniądze lub przegrywając je w grach hazardowych. Niektórzy odpoczywali i szukali spokoju po trudach długich podróży, przygotowując się do ich kolejnych, długich etapów w kierunku morza, Thorbardinu leżącego za Pylistymi Równinami, legendarnych krain na Wschodzie, czy też innych, nie nazwanych miejsc. Wino i piwo lało się strumieniami, w przerwach rozbrzmiewały pieśni wyśpiewywane w sześciu różnych językach, a grzechot kości do gry nie ustawał.

Od całego tego rozhulanego towarzystwa jedną z postaci, siedzącą przy małym stoliku z dala od kominka, odróżniała chłodna powściągliwość. Wyglądał na młodego mężczyznę, choć wyraz jego ciemnej, zmęczonej słońcem twarzy przypominał wyraz twarzy rozgoryczonego wiekiem człowieka. Czarne, proste i nieco zaniedbane włosy opadły mu na ramiona, kiedy wpatrywał się z zadumą w dno pustego niemalże kufla. Kiedy uniósł kufel, ręka zaczęła mu drżeć, szybko więc odstawił go z powrotem na blat stołu i utkwił w ręce wściekłe spojrzenie, jakby ta właśnie go zdradziła.

Kiedy samotny mężczyzna po raz drugi spróbował podnieść kufel, drzwi otworzyły się i stanął w nich niski, przysadzisty gość w szerokim kapeluszu z piórami i zimowym płaszczu. Jego schludny, niemalże delikatny wygląd, w dziwaczny sposób kontrastował z wulgarną naturą bywalców Utopionego Marynarza. Zamienił kilka słów z barmanem, a ten skinął głową w stronę samotnego mężczyzny siedzącego przy stole w ką- cie sali. Mężczyzna w kapeluszu przeciął salę i zatrzymał się przy stoliku, czekając, aż tamten podniesie głowę.

- Przepraszam, panie - powiedział - ale dano mi do zrozumienia, że jesteś najemnikiem.

- Istotnie, jestem - przyznał mężczyzna.

- Jestem Nistur. Czy mogę się do ciebie przysiąść?

- Siadaj - mruknął tamten, nie siląc się na grzeczność. Ponownie uniósł kufel. Ręka zadrżała mu lekko, unieruchomił ją więc za pomocą drugiej.

Nistur usiadł.

- Jeśli wybaczysz mi to spostrzeżenie, panie, to muszę stwierdzić, iż wyglądasz jak ktoś, kto wpatruje się w dno ostatniego kufla.

- Nawet jeśli, to co z tego?

- To, że chciałbym ci postawić kolejny. - Nie skończył jeszcze mówić, kiedy pojawił się barman z dwoma wielkimi kuflami.

- Dwie szklanice najlepszego piwa, zgodnie z zamówieniem - oświadczył z dumą. Kiedy stawiał kufle na stole, za jego plecami przemknęła niewielka, zakapturzona postać. Z godną podziwu szybkością, jak na tak tęgiego człowieka, barman odwrócił się na pięcie i zrzucił kaptur, odkrywając ładne, choć nieco przybrudzone oblicze młodej osoby nieokreślonej płci.

- Shellring! - warknął barman. - Ile razy cię ostrzegałem przed przychodzeniem tutaj? Nie pozwolę ci niepokoić moich gości!

Wielkie, szare oczy rozszerzyły się z wyrazem urażonej niewinności.

- Jestem tu tylko na chwilę, żeby schronić się przed zimnem. Wyrzuciłbyś mnie w taką lodowatą noc? - Głos mógł należeć do młodego chłopaka bądź do dorastającej dziewczyny. Czerwonawe włosy były nierówno przystrzyżone do krótkiej szczeciny, co bynajmniej nie ułatwiało oceny płci.

- Pewnie, że bym wyrzucił. Znikaj stąd! Pędem do drzwi albo natychmiast wzywam straże! - Z gniewnym syknięciem osoba nazwana Shellring uciekła. Barman ponownie odwrócił się w stronę obsługiwanych mężczyzn. - Wybaczcie, panowie. Staram się nie wpuszczać tutaj hołoty, ale to jak próba powstrzymania lodowatego podmuchu. Zawsze znajdą jakiś sposób na dostanie się do środka. - Popędził doglądać innych klientów, pozostawiając odseparowaną dwójkę w środku tłumu.

- Dziękuję ci - mruknął niechętnie samotny mężczyzna. Uniósł pełen kufel i napił się. Tym razem ręka mu nie zadrżała. Z głośnym stuknięciem odstawił drewniane, uszczelniane smołą naczynie. - No, to jaką masz propozycję?

- Propozycję? - spytał Nistur, zdumiony tą obcesowością.

- Ano tak, propozycję. Nazwałeś mnie najemnikiem, a ja nim jestem. Musisz wiedzieć, że słowo to oznacza "motywowany pieniędzmi". Zakładam, że zamierzasz mi jakieś zaoferować.

- Och, tak. Istotnie - wymamrotał Nistur. Przyglądał się badawczo mężczyźnie, popijając ze swojego kufla. Tak jak zapewniał barman, piwo było znakomite. Siedzący przed nim mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby przekroczył dwudziestkę, było jednak w kształcie jego oczu i uszu coś, co mogło wskazywać na elfią krew, a to z kolei wymagało ponownego oszacowania jego wieku. Spoczywające luźno wokół kufla ręce były spore, z grubymi dłońmi i wydatnymi kłykciami. Na jednym z palców nosił cienką, złotą obrączkę. Były to dłonie należące do człowieka, któremu nieobca jest walka, ale przypominały również dłonie krasnoluda. "Kimże był ten gość?" Nie było wątpliwości, że faktycznie jest najemnikiem. Miał na sobie zbroję bardzo nietypowego pochodzenia: ciasny strój z maleńkich, migoczących łusek, które pokrywały go od szyi po nadgarstki oraz docierały do brzegu wysokich do kolan butów. Czy były to metalowe łuski, czy też należały niegdyś do jakiegoś dziwacznego gada, tego Nistur stwierdzić nie potrafił. Rękawice o takiej samej budowie zwisały u pasa mężczyzny, przy którym także z jednej strony przytroczył krótki, zakrzywiony miecz, a z drugiej długi sztylet o wyjątkowo szerokim ostrzu. Na stole tuż obok kufla spoczywał zwykły, stalowy hełm. - Dokładniej rzecz biorąc, chciałbym cię zatrudnić. Widzisz, jestem kupcem, który zmierza w stronę Zeriak. To wyprawa o charakterze handlowym, mająca na celu stwierdzenie, czy istnieje tam korzystny rynek na barwniki i przyprawy. Jestem pośrednikiem w sprzedaży tych towarów i reprezentuję syndykat kupców.

- Zeriak? Dzieli nas od tamtego miejsca kawał drogi pozbawionej szlaków!

- Dlatego też poszukuję strażnika, który jest doświadczonym wojownikiem i podróżnikiem. Wyglądasz mi na takiego.

- I jestem kimś takim. Podobnie jak połowa ludzi w tej tawernie. Dlaczego nie spytasz kogoś innego?

- To członkowie band. Zatrudnij jednego, a musisz wziąć całą resztę. Potrzeba mi tylko jednej osoby. Tutejszy barman zapewnił mnie, że jesteś sam.

Mężczyzna szczeknął pozbawionym humoru śmiechem.

- Sam! Ano tak, jestem sam. I mam do tego wystarczające powody.

- Sprawiasz wrażenie niechętnego, panie - westchnął Nistur. - Jak wynika z mojego doświadczenia, najemnicy, którzy dłuższy czas spędzali w spokoju, wręcz rwali się do pracy. Jeśli nie czujesz takiego pociągu, to faktycznie zapytam gdzie indziej - powiedziawszy to, zaczął wstawać.

- Stój! - zawołał najemnik i wykonał powstrzymujący gest. - Jestem zainteresowany. Ale nie jestem łatwowierny. Jeśli zaoferujesz godną zapłatę, wyruszę z tobą. Obecnie wszystko, co może mnie wyprowadzić z tego nieszczęsnego miasta, brzmi bardziej niż kusząco.

Nistur usiadł z powrotem.

- Doskonale. Jak mam cię nazywać, panie?

- Ironwood.

- A którą krainę nazywasz swym domem?

- Żadną. Zerwałem z przeszłością, kiedy podjąłem się profesji najemnika. To niezbyt roztropne, aby za głęboko zaglądać w przeszłość moich kolegów.

- Przywykłem już do takiego zwyczaju. Najemnicy nie są jedynymi osobami, które wolą kreować własne życie, a nie kontynuować to, w którym się urodzili. - Z zadumą łyknął piwa. - No dobrze. Zamierzam wyruszyć wcześnie rano. Pójdziesz ze mną już teraz?

Ironwood wysączył resztę piwa i wstał.

- Jestem gotów.

- Nie masz niczego, co chciałbyś zabrać ze sobą?

- Mam tylko to, co widzisz. Zakwaterowanie i prowiant są w Tarsis drogo cenione. Sprzedałem lub przegrałem wszystko, co miałem. Zostawiłem sobie tylko to, co potrzebne, żeby zarobić więcej pieniędzy. - Klepnął hełm spoczywający na głowie. - Chodźmy.

Wyszli z gospody i wtedy Nistur zauważył, że Ironwood nie miał nawet płaszcza. Zbroja stanowiła niewielkie zabezpieczenie przed przejmującym zimnem, a ostry wiatr tworzył śnieżne wiry w wąskich uliczkach. Kiedy zdał sobie sprawę, że nawet nie pokłócił się z tym człowiekiem, w którego życiu nastały takie ciężkie czasy, poczuł chwilowe wyrzuty sumienia. Natychmiast postarał się porzucić taki nastrój, gdyż nie sprzyjał on ludziom jego profesji. Nie mógł się przejmować współ- czuciem, a jedynie dokonaniem eleganckiego, czystego zabójstwa dla swego klienta.

W miejscu, gdzie łączyły się dwie wąskie uliczki, znajdował się maleńki placyk ze stojącą na środku fontanną. Kiedy przecięli placyk, zatrzymał ich dziwny dźwięk, dobiegający z góry. Przypominał on przyciszony, odległy grom i Nistur marszcząc brwi, przyjrzał się srebrnym chmurom, zmierzającym od południa w stronę księżyca.

- Te chmury niosą więcej śniegu, a nie deszcz - mruknął w zamyśleniu. - To niezwykłe, żeby usłyszeć grom o tej porze roku.

- To nie jest grom - oznajmił najemnik.

Zaskoczony brzmiącym w głosie mężczyzny lękiem, Nistur spojrzał na niego i zobaczył, że wyraz twarzy mężczyzny jest równie niepewny jak jego głos. Podążył wzrokiem za spojrzeniem najemnika, z powrotem w stronę kłębiastych chmur i przez krótką chwilę odniósł wrażenie, że widzi niewyraźną formę przeskakującą z jednej chmury w drugą i zostawiającą za sobą szeroki, uskrzydlony kształt.

Zabójca wzdrygnął się. Teraz, kiedy musiał skupić się na swoich zawodowych umiejętnościach, nie czas na rozpraszające zjawy na niebie.

- Chodźmy - rzekł, kierując się ku uliczce krótkimi, szybkimi krokami.

Skręcili w alejkę, którą świecący w górze księżyc zmienił w srebrną wstęgę, spoglądając spomiędzy dachów. Kiedy dotarli do miejsca, w którym alejka rozszerzała się nieco, Nistur przystanął.

- To mi wygląda na dobre miejsce - oświadczył.

- Hę? - rzucił z niepokojem Ironwood. - Dobre miejsce do czego? Dokąd my właściwie zmierzamy?

Nistur odwrócił się i skłonił z pełną kurtuazją.

- Przyjacielu, pewna osoba życzy sobie twojej śmierci, a ja zostałem wynajęty, aby zadośćuczynić jego pragnieniu. Proszę, nie traktuj tego osobiście, to sprawa czysto zawodowa. Możesz teraz uznać, że jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie - wygłosiwszy ostrzeżenie, dobył swego miecza o koszowym jelcu.

- Zabójca, co? - W głosie Ironwooda brzmiała pogarda, lecz nie zaskoczenie. Z całą pewnością usłyszał w życiu więcej złych aniżeli dobrych wieści. - I chcesz tę śmierć wywalczyć? Tacy jak ty, zwykle wolą wbić sztylet w plecy albo wlać truciznę do kielicha.

- Tak czynią jedynie męty mojej profesji - zapewnił go Nistur. - Przynoszą nam złą reputację. - Zrzucił płaszcz z ramion i przesunął się do przodu, trzymając przed sobą mały puklerz.

Jednym, płynnym ruchem Ironwood wsunął dłonie w przytroczone do pasa rękawice i dobył zarówno krótkiego miecza, jak i szerokiego sztyletu. Nistur pomyślał, że bronie te były równie nietypowe jak jego własne. Dzięki nim zapowiadała się interesująca potyczka, która mogła jednak mieć tylko jeden rezultat. Uważał się za wielkiego mistrza fechtunku i nigdy nie spotkał żołnierza, który był bardziej niż średnio doświadczony w używaniu broni. Żołnierze polegali raczej na sile, odwadze i chroniącej ich zbroi, przez co rzadko dysponowali umiejętnościami człowieka, który przez wiele lat poświęcał każdy dzień na ćwiczenia z bronią.

Proste ostrze Nistura mignęło, zostało jednak zbite przez szeroki sztylet najemnika. Ironwood posłał swój zakrzywiony miecz w kierunku głowy, kolana i boku, lecz za każdym razem odbijał się on od zgrubień na małej tarczy, którą niski mężczyzna zdawał się operować ze zręcznością bliską cudowi. Walczący nie robili wiele hałasu, gdyż obaj byli zawodowcami, a nie awanturnikami młócącymi się jak głupcy. Ostrza uderzały o siebie z czystym brzękiem doskonale zahartowanej stali, który przestawał być słyszalny w odległości dwudziestu kroków.

Umiejętności najemnika zdumiały Nistura. Nieczęsto spotykał żołnierzy, którzy tak nadzwyczajnie posługiwali się bronią. Mimo to parady szerokiego sztyletu stawały się zbyt obszerne, a dwukrotnie w ogóle Ironwoodowi nie udało się sparować cięcia, co zmusiło go do odbicia ostrza własnym, uzbrojonym w rękawicę przedramieniem. Choć nie odniósł przez to żadnych obrażeń, to najwyraźniej jego refleks słabł w miarę postępującej walki.

Jak zauważył Nistur, zbroja stanowiła pewien problem. W końcu mógłby ją posiekać, lecz byłoby to pozbawione stylu i nawet jego wspaniałe, wykute przez krasnoludy ostrze uległoby uszkodzeniu. Jak do tej pory używał wyłącznie cięć, lecz miecz wyposażony był w czubek, który nadawał się także do pchnięć. Zadecydował, że kiedy nastanie odpowiednia faza pojedynku, niespodziewanie pchnie tuż nad dekoltem łuskowatego stroju, dodając w ten sposób końcowy wers do tego poematu walki.

Nistur przygotowywał właśnie finalną kombinację cięć i bloków, która zakończy się śmiertelnym pchnięciem, kiedy niespodziewanie Ironwood zaczął zataczać się w bok. Ręka, której drżenie na kuflu wcześniej zaobserwował Nistur, teraz trzęsła się gwałtownie.

Ironwood zgrzytnął zębami i zaklął w języku, którego Nistur nie rozpoznał.

- Nie teraz! - warknął najemnik, kiedy jego prawe kolano zaczęło się uginać.

Nistur odczuwał pokusę spróbowania nietypowego, lecz efektywnego wypadu całym ciałem i zakończenia potyczki w jednej chwili, ale ostrożność szepnęła mu, żeby się powstrzymał. W fechtunku istniało wiele forteli, które miały na celu oszukanie przeciwnika poprzez nierozważne zachowanie: udawanie potknięcia, przesada w odczuwaniu efektów błahego zranienia, symulowanie roztargnienia, a każde z nich było sposobem na skuszenie wroga do przedwczesnej szarży. Każdy prawdziwie niebezpieczny i zabójczy atak przez chwilę pozostawiał atakującego w pozycji, w której narażony był na śmiertelną odpowiedź, a takich ruchów próbowano tylko wtedy, kiedy istniała pewność, że przeciwnik nie będzie potrafił wykorzystać tej chwili słabości.

Dlatego Nistur nie runął do przodu, lecz wycofał się i przybrał pozycję obronną. Zamiast zaatakować stojącego przed nim mężczyznę, mocno uderzył w zakrzywione ostrze. Rękojeść wyskoczyła z ręki, która zdawała się pozbawiona siły. Wszystko wskazywało na to, że Ironwood poświęcał wszystkie siły, żeby utrzymać się na nogach. Nistur doskonale jednak zdawał sobie sprawę, że obronny sztylet był także bronią ofensywną. Używając czubka miecza do pozorowanego ataku na twarz przeciwnika, przesunął się do przodu i uderzył w szerokie ostrze krawędzią puklerza. Broń dźwięcznie uderzyła o nie ośnieżony fragment bruku.

W końcu kolana Ironwooda dały za wygraną i mężczyzna upadł na ziemię, szeleszcząc łuskami. "A więc są gadziego pochodzenia" - stwierdził w myślach Nistur. "Nie wykonano ich z metalu". Stopą odwrócił leżącego na plecy i spojrzał w ciemne oczy oraz na drgające bezwiednie kończyny.

- Obawiam się, że muszę to zakończyć, mój pechowy przyjacielu - rzekł Nistur, wsuwając miecz do pochwy. - Nie przejmuj się tym zbytnio. Nie wiem, co jest przyczyną twojego stanu, ale wygląda na to, że i tak nie miałeś przed sobą przyszłości jako najemnik, i teraz rozumiem już, dlaczego byłeś taki samotny.

Wysunął zza wysokiego buta nóż. Doskonale wypolerowane, dwudziestopięciocentymetrowe ostrze zalśniło w świetle księżyca. Podobnie jak w wypadku miecza, nóż był jednosieczny, przeznaczony głównie do zadawania pchnięć, lecz jego gruba rękojeść nadawała mocy cięciom, co nadawało mu dodatkową funkcję, którą wykorzystać można było przeciwko niczego nie spodziewającemu się przeciwnikowi.

Kiedy Nistur ukląkł nad powalonym najemnikiem, poczuł ogarniające go uczucie zwątpienia. Takie postępowanie uwłaczało jego honorowi. Bezradność tego człowieka nie była wynikiem ani jego własnej winy, ani żadnych wysiłków Nistura. Świetnego, choć pechowego fechtmistrza czekała śmierć z rozkazu impulsywnego arystokraty, który nienawidził najemnika i gardził jego zabójcą, ale mimo wszystko wolał nie brudzić sobie odzianych w aksamit rąk.

"Myśląc w taki sposób, z pewnością nie zarobię pieniędzy" - powiedział sobie. Przyłożył ostrze noża do gardła mężczyzny. W tej samej chwili lewa ręka Ironwooda, w której trzymał coś połyskującego, pomknęła w górę. Nistur poczuł uderzenie w podbródek i postępujące odrętwienie. Skupił się na tym, aby pchnąć ostrze noża, ale zorientował się, że nie jest w stanie. "Ukryty sztylet! Co za hańba!" Usiadł ciężko na śniegu i poczuł przenikliwe zimno w pośladkach.

- Zostałem pokonany i, szczerze mówiąc, stało się to na skutek mego niemęskiego zachowania - rzekł Nistur, żałując, że nie znalazł lepszych słów na pożegnanie. Dla poety stanowiło to niewybaczalne niedopatrzenie. - Mimo wszystko uważam, panie, że to było podłe, nawet jak na najemnika! Spodziewałbym się po tobie czegoś wymyślniejszego.

Ironwood roześmiał się skrzekliwie.

- Byłbyś teraz w stanie mówić, gdyby to był sztylet? - Z trudem przeciskał słowa przez na wpół sparaliżowaną krtań. - Nie, język miałbyś przyszpilony do podniebienia. Oto panienka, która cię pocałowała. - Choć lewa dłoń najemnika trzęsła się, Nistur wyraźnie zobaczył złoty pierścień na najmniejszym palcu. W tej chwili obrócony był do środka dłoni i ukazywał złote tasiemki splecione w skomplikowany węzełek. Zabójca widział już kiedyś coś podobnego.

- Węzeł Thanalusa! - wycharczał.

- Ano tak. Nawet ktoś taki jak ja musi posiadać ostatnią linię obrony. Teraz jesteś do mnie przywiązany, zabójco, i nie możesz mnie skrzywdzić. - Spróbował się roześmiać, w końcu jednak opuściła go zdolność mówienia. Wydawało się, że całkowicie utracił już kontrolę nad swymi kończynami. Nistur spodziewał się ujrzeć wywracające się oczy mężczyzny, lecz te były nieruchome i nadal wykonywały jego polecenia, podczas gdy zawiodła już cała reszta. Najwyraźniej atak za pomocą pierścienia był ostatnim aktem woli Ironwooda i musiał wymagać wielkiej dozy samozaparcia.

Nistur miał nie lada problem. Był teraz zmuszony służyć człowiekowi, którego przed chwilą próbował zabić. Nie kwestionował tego faktu. Gdyby zaklęcie nie miało tak dużej mocy, dałby radę dotrzeć do domu, nawet ze śmiertelną raną. Problem był w tym, że nie wiedział, co może zrobić. Nie miał pojęcia, na co cierpiał najemnik. Czy była to śmiertelna dolegliwość, czy taka, która po prostu z czasem przechodzi? Tak czy inaczej, lodowata alejka nie była dla nich dobrym miejscem na spędzenie nocy.

Zabójca podniósł się na nogi i zabrał swój płaszcz. Następnie wziął miecz i sztylet Ironwooda. Odwrócił się i nagle ujrzał zakapturzoną postać klęczącą nad jego niedoszłą ofiarą i aktualnym panem.

- Hej, ty! Ktoś ty? Odsuń się od niego!

Postać podniosła głowę. Spod kaptura spojrzała na niego twarz osoby zwanej Shellring, wyrzuconej przez barmana z tawerny.

- On potrzebuje pomocy - rzekł on lub ona, co do tego Nistur nie miał pewności.

- Rzeczywiście. Nigdy bym na to nie wpadł, korzystając jedynie z mojego ułomnego aparatu myślowego.

- Sprowadzę pomoc - odrzekła postać. Podniosła się na nogi i wpadła na Nistura, który podszedł, żeby odepchnąć dziwaczną osobę. - Oj, wybacz, panie. Zaraz wracam.

Zanim postać zdążyła zrobić dwa kroki, Nistur schwycił ją za szczupłe ramię, odwrócił w swoją stronę i dokonał szybkiej, sprawnej rewizji. Znalazł odpowiedzi na dwa pytania. Pierwszą było to, że Shellring była kobietą, choć młodą i straszliwie wychudzoną. Drugą był charakter jej profesji. Podniósł na wysokość jej oczu dwa mieszki, jeden pełny, a drugi płaski. Tasiemki, które je przywiązywały, zostały gładko przecięte.

- Zabranie jego sakiewki nie było niczym wielkim, lecz gratuluję ci zdobycia mojej. Nic nie poczułem.

Shellring w najmniejszym stopniu nie wyglądała na speszoną.

- Jak w takim razie się zorientowałeś?

- Po pierwsze, akty bezinteresownej dobroczynności są w mym fachu wyjątkowo rzadkie. Po drugie, widziałem dziś wieczorem, jak poruszasz się z kocią zręcznością, a mimo to wpadłaś na mnie jak ostatnia niezdara. To wystarczyło, aby przyjrzeć ci się bliżej. Jestem zdumiony, że nie zabrałaś mu pierścienia.

- Próbowałam - przyznała. - Nie chciał zejść z palca.

- Niejedna osoba odcięłaby mu palec, żeby go zdobyć.

Spojrzała na niego urażona.

- Za kogo mnie uważasz?

- Przemilczmy to pytanie. Czy jest jakieś miejsce, w którym mój przyjaciel mógłby znaleźć ulgę?

Zmarszczyła brwi, przyglądając się leżącej postaci, która już nawet nie drżała.

- To twój przyjaciel? Żartujesz sobie ze mnie.

- Teraz nim jest i bardzo zależy mi na tym, żeby wydobrzał. Odpowiedz na moje pytanie. Zapłacę ci za skierowanie nas w takie miejsce.

- Znam pewnego uzdrowiciela. Jest całkiem niezły. Mieszka w starej zatoce. I nie musisz mi płacić - dodała hardo. - Mogę ukraść to, czego potrzebuję.

- Nie zamierzałem podważać twych zawodowych umiejętności. Masz, potrzymaj jego pas i hełm. Ja go poniosę. Prowadź, ale nie oddalaj się za bardzo.

- Zamierzasz sam go nieść? - spytała z niedowierzaniem. - Jest od ciebie dwa razy większy!

- Jakże łatwo zmylić ludzi samym wyglądem - Nistur schylił się i chwycił leżącego mężczyznę za rękę. Prostując się, podniósł częściowo najemnika, po czym umieścił ramię na jego piersi. Kiedy stanął na nogi, wojownik spoczywał dokładnie na jego barku. - Przykładowo, nigdy byś pewnie na to nie wpadła, że jestem poetą, co?

- Nie od razu - przyznała złodziejka.

Kiedy ruszyli z powrotem w dół alejki w stronę przystani, zgromadziły się nad nimi cienkie chmury, z których sypnęło świeżym śniegiem.