Fragment książki "Zaginione Opowieści tom VI - Smoki", która wkrótce ukaże się w Polsce. Dziękujemy za udostępnienie tekstu Wydawnictwu Zysk i s-ka.

 

Z powodów, które zrozumie

każdy krynnofil

Prolog

PŁOMIENNE POCZĄTKI

około 8500 lat przed Kataklizmem

Crematia przebudziła się z tęsknotą, ze świadomością głębokiej, podstawowej potrzeby. Zadrżała, wiedziona przeczuciem, że czegoś jej brakuje. czegoś niezbędnego dla dobrego samopoczucia, a nawet dla życia. Powoli, przez niemożliwą do określenia rozpiętość czasu, tęsknota ta przeobrażała się w określone pragnienie.

Ogień.

Niezbędny, lecz niezwykle odległy żywioł, który znajdował się poza ściśle wyznaczonymi granicami jej świata. Uczucie to było kuszące, ponętne, niezwykle promieniujące i dręczyło ją tak mocno, że w końcu podświadomie wiedziała już, iż została wezwana.

Zareagowała instynktownie na bodziec, który tkwił w każdym włókienku składającym się na jej istnienie. Wiedziona potężnym gniewem Crematia uderzyła w oporną barierę swego świata, a początkowa frustracja jedynie powiększyła jej desperację. Wyprostowała szyję, wyprężając się silnie w kierunku pociągającego, wspaniałego ciepła.

Promieniowanie to wciąż jednak znajdowało się poza stojącą na jej drodze barierą. Uderzyła z rosnącym podnieceniem, skręcając i wyginając swe gibkie ciało, a następnie odskakując, kiedy granice świata ucisnęły jej grzbiet.

W takiej oto frustracji Crematia poznała potęgę furii. Przez jej niewielkie ciało przeszedł warkot, kiedy gniew dodał jej sił. Uderzyła na ślepo, szarpiąc i drapiąc, a jej ściśnięte i zwinięte ciało przepełnił obłęd i nieprzeparta determinacja.

Pchając, Crematia wyginała się, prostowała swoją długą szyję i atakowała złośliwą przeszkodę. Przód jej pyska zwężał się, a kiedy przycisnęła jego zakrzywiony koniec do skórzastej błony, poczuła, że jej powierzchnia powoli ustępuje. Zmuszona przez swą furię do nowego wysiłku przeciągnęła po przeszkodzie przednimi łapami i przy okazji odkryła, że podobnie jak pysk, także i one zakończone były ostrymi krawędziami, które cięły i rwały uporczywą zawadę.

Wówczas pojawił się ów wspaniały żar, który promieniował na jej pysku, ogrzewał ślepia i pieścił nozdrza. Ta pociągająca sugestia życia tylko jeszcze bardziej rozbudziła w niej niechęć do otaczającej ją bariery. Z sięgającą obłędu desperacją Crematia zaczęła drapać, rozrywając na boki twardą strukturę i poszerzając otwór. W końcu jej łeb wydostał się na zewnątrz, a wspaniały żar rozgrzał jej szyję i ucałował ramiona z obietnicą pełnego, natychmiastowego w nim zanurzenia.

Wężowata istota pchnęła po raz ostatni, wczepiając się tylnymi łapami i szarpiąc przednimi, po czym wysunęła się przez otwór, pozostawiając za sobą zapadającą się, skórzastą kulę. Zamrugała ślepiami, by pozbyć się pokrywającej je błony, wytężyła wzrok i przyjrzała się otoczeniu. Jednocześnie przeciągnęła się, rozkoszując się wolnością oraz brakiem skrępowania, który pozwolił jej w końcu rozciągnąć giętką szyję oraz skręcić i uderzyć ogonem.

Wszystko wokół skryte było w cieniu, lecz Crematia czuła przez łuski wszechogarniające ją ciepło. Skręciła się instynktownie i zwinęła, poddając się w ten sposób żarowi, który doprowadził jej smukłe, gadzie ciało do spowodowanych drżeniem wibracji. Rozciągnęła się niezgrabnie, a jej skrzydła, wciąż lepkie od zawartości jaja, powoli rozkleiły się i rozpostarły. Uczucie przestrzeni było zniewalające, choć niemal natychmiast odczuła nową niedogodność - dręczący ból w brzuchu.

Jak do tej pory, nie spostrzegła niczego, co miałoby kształt lub barwę, zauważyła jednak blask, który - jak podpowiadała jej intuicja - musiał być źródłem tego cudownego ciepła. Zaaferowana, poczłapała w stronę światła. Jej łapy jeszcze nie dawały pewnego oparcia, przez co pośliznęła się i uderzyła boleśnie podbródkiem o twardą powierzchnię.

Ogarnęła ją natychmiastowa złość. Zatrzasnęła szczęki na przeszkodzie. Ugryzienie zabolało, lecz wyrażenie swej wściekłości dawało większą satysfakcję. Ponownie skoczyła w stronę jasnego migotania, a jej wzrok poprawiał się z każdym kolejnym uderzeniem serca. Zobaczyła unoszące się, pomarańczowe jęzory gorąca, które po chwili załamywały się i znikały, a w ich miejsce natychmiast pojawiały się kolejne tańczące płomienie. Jasne wici otoczyły ją, utworzyły ochronną zasłonę, po czym zaczęły migotać i pulsować bezlitosną, piekielną energią.

W poprzek świetlnej zasłony przemieścił się ciemny kształt, co wywołało kolejny mocny warkot w piersi Crematii oraz drżenie jej szkarłatnych łusek. Tępy ból w brzuchu odezwał się na nowo, zastygła więc, węsząc i wytężając wzrok. Ujrzała ciemną formę, mniejszą od niej i pokrytą gładkim futrem. Para jasnych punkcików rozszerzyła się i zamigotała, kiedy jej ostry pysk skoczył do przodu.

Futrzasta istota pisnęła, kiedy przypominająca dziób szczęka Crematii przebiła miękką sierść. Łowczyni poczuła cudowny, uderzający do głowy aromat i pojęła, że ów eliksir wymieszał się ze świadomością bólu ofiary i jej żałosnego strachu. Umierające stworzenie zadrgało kilkakrotnie i znieruchomiało. W tej samej chwili doznała przyprawiającego o dreszcze uczucia, które powiedziało jej, że większość swego życia poświęci odtwarzaniu w niezliczonych ofiarach tych dwóch talizmanów cierpienia.

Przez nozdrza Crematii przepłynęła ciepła wilgoć i wówczas odkryła kolejne narzędzie swego ciała - elastyczny, rozdwojony język, który mogła wysunąć z pyska i polizać tę wilgoć. Poczuła tak intensywny i słodki smak, że jej wężowate ciało zadrżało w oczekiwaniu na więcej. Ponownie kłapnęła pyskiem, po czym zaczęła żuć i gryźć, rozkoszując się delikatnym mięsem i słodką krwią swej pierwszej ofiary.

W maleńkim ciele nie było zbyt wiele mięsa, lecz zmęczona głodem, łapczywie połknęła małe, ciepłe serce i schrupała kruche kości, wysysając z nich szpik. Strząsając z zębów krople krwi i kawałki futra, uniosła łeb i wytężyła swój coraz czulszy wzrok, gotowa ponownie zabić.

Crematia niejasno wyczuwała obecność innych kształtów w pobliżu, wężowatych, pokrytych łuskami ciał, które wydostawały się z wielkiego, zbudowanego z kości gniazda. Za pomocą szponów i kłów wypełzały na zewnątrz, wspinając się po sobie i podświadomie starając wyprzedzić pozostałe. Czerwona smoczyca wyczuła wrzącą, gęstą atmosferę głodu i zrozumiała, że musi się spieszyć. Nie była pewna dlaczego, lecz czuła bez najmniejszych wątpliwości, że skoro smoczęta wydostają się z gniazda i zaczynają się od niego oddalać, ona musi być pierwsza!

Dostrzegła przebiegający w pobliżu kolejny futrzasty kształt i uczucie głodu powróciło. Błyskawicznie uderzyła szponami i zatrzymała małe, czworonożne stworzenie. Każdy bolesny skurcz ciała, każdy przenikliwy pisk wzbudzał w niej rozkoszne dreszcze. Znów poczuła ów przyprawiający o zawroty głowy zapach krwi i jej słodki smak, rozkoszując się próbami uwolnienia się stworzenia z jej szponów. Crematia poczuła żal, kiedy te rozpaczliwe szarpnięcia ustały i małe serce przestało pompować swój karmazynowy nektar.

Pożywiła się ponownie, tym razem skupiając się na smaczniejszych kąskach - mięśniach, sercu i mózgu. Pozostawiła wnętrzności i kości, wiedząc, że czeka na nią więcej ofiar i więcej zabijania. Pożywienie było dobre, ciepłe i mile wypełniło jej brzuch, lecz chciała - nie, potrzebowała - jeszcze więcej.

Doprowadzona tym uczuciem do szaleństwa, skoczyła za kolejną kudłatą kulką, która z przerażeniem przebiegła obok. Niespodziewanie pojawił się przed nią zielony, pokryty łuskami kształt, podobny do niej, lecz nieco mniejszy, i wyciągnął swe szpony po ofiarę. Czerwona smoczyca złapała jednak swego szmaragdowego pobratymca za tylną łapę, wykręciła ją i zatopiła kły w szarpiące się udo. Szmaragdowy smok uderzył o ziemię, wydawszy z siebie syk i pełen nienawiści pisk. Ignorując słabszego smoka, karmazynowa zabójczyni skoczyła przed niego i przycisnęła kłębek mięsa do ziemi.

Po raz kolejny cierpliwie zbadała wykręcające się na wszystkie strony stworzenie, radując się odgłosami żałosnego, pełnego trwogi beczenia. Crematia zadrżała z podniecenia, kiedy uchwyciła jedną z krótkich, wierzgających nóżek i wyrwała ją w akompaniamencie przeraźliwego zawodzenia. Wyrwała kolejną nogę i wgryzła się zębami w wilgotne mięso, przyciskając łapą do ziemi wciąż oddychającą i drżącą istotę.

Następnie celowo wydłubała jasne, małe oczka i posmakowała ich, a żałosne stworzenie miotało się na wpół przytomne. Dopiero gdy szarpnięcia ustały, czerwone szczęki ruszyły do przodu i wyrwały z umierającego korpusu płat mięsa. Połykała kolejne kęsy, aż poczuła się napełniona. Zielony smok wciąż żałośnie oczekiwał, czołgając się na trzech zdrowych łapach i wlokąc za sobą czwartą, zmasakrowaną przez Crematię, aż dotarł do chrząstkowatych resztek, które pozostały po uczcie czerwonej smoczycy, i łapczywie wgryzł się w odpadki.

Karmazynowa samica pomknęła przed siebie na coraz silniejszych łapach, omijając wielką stertę wijących się ciał i ociekających, kolorowych skorup. Chromatyczne smoki ześlizgiwały się z siebie, a te, które były nieco bardziej lepkie, wychodziły ze środka sterty masywnych kości, które otaczały gniazdo. Ze splątanego wylęgu dobiegło ciche syczenie, a Crematia z satysfakcją wsłuchiwała się w odgłosy oszalałych z głodu pobratymców.

Tuziny niewielkich form wysuwały się z plątaniny kości i błon, po czym upadały na ziemię, usiłując strząsnąć z siebie paskudztwo, które pozostało na nich po wykluciu. Czarne, zielone, białe, niebieskie - oraz jeszcze kilka czerwonych - pełzały przed siebie, zabijając i pożerając futrzaste istoty oraz gryząc pobratymców, którzy odważyli się podejść zbyt blisko.

Nierozgarnięte, zdesperowane ofiary uciekały niezgrabnie przed śmiercionośnymi smokami, lecz nie mogły oddalić się poza obszar gniazda. Zaspokoiwszy obłędny, pierwotny głód, wiele smocząt zaczęło podobnie jak Crematia odkrywać rozkosz płynącą z torturowania oraz powolnego zabijania. Te stworzenia, które ocalały, próbowały uciec, lecz na drodze stawała im pustka, przepaść otaczająca gniazdo ze wszystkich stron. Piski i zawodzenia odbijały się echem, zagłuszając syczenie wydostających się na wolność smocząt.

Crematia popędziła przed siebie z wysoko uniesionym łbem i wyprężoną piersią, a rodzeństwo schodziło jej z drogi, trzepocząc rozdwojonymi językami przy samej ziemi, tuż przed nogami czerwonej smoczycy. Blask, który zaobserwowała wcześniej, pojawił się na nowo, unosząc się jeszcze wyżej, szybciej i jaśniej. Podeszła nieco bliżej, a zaraz za nią przemieściła się cała grupa jej wyklutych pobratymców. Teraz, kiedy nasyciła już głód, szukała sposobu na zaspokojenie ciekawości.

Jęzory ognia ułożyły się w pojedyncze, tańczące kolumny. Każda z nich była ogromna i unosiła się z dna Otchłani. Crematia postrzegała ją jako przepaść, z której środka sterczała w górę wysoka podstawa z gniazdem na szczycie. Była to ta sama Otchłań, która uwięziła stado smoczych ofiar i zatrzymała je wraz ze swymi zabójczymi łowcami na szczycie iglicy. Płomienie pięły się wysoko w niebo z bezdennej przepaści otaczającej gniazdo i emanowały silnym żarem w stronę nowo narodzonych gadów.

Crematia spostrzegła, że jedno z białych smocząt przymyka oczy, kurcząc się przed gorącem. Poczucie wyższości wykrzywiło jej skórzaste wargi w szyderczym uśmiechu. Dla niej żar był rozkoszny i z zaciekawieniem przyglądała się reakcji bladego, bezbarwnego smoka.

Teraz jednak jej wzrok zaczął skupiać się na obrazach, które znajdowały się poza wysokimi płomieniami. Ujrzała ciemny krajobraz, postrzępiony szczytami i rozpadlinami, który rozciągał się po zamglony horyzont pod zachmurzonym niebem. W niektórych miejscach ze szczelin buchały płomienie, a strumienie płynnego ognia spływały, rozlewały się i łączyły w bulgoczących, piekielnych jeziorach. Wszystko to było rozległym bezmiarem, który Crematia natychmiast chciała ujrzeć z bliska. Pragnęła polecieć tam i uznać całe to królestwo za swoje.

Nieopodal, tuż za kręgiem ognia, zmaterializowała się jakaś forma, a szkarłatna smoczyca poczuła ukłucie kolejnych emocji - nabożnej czci i trwogi. Skręcał się tam potężny, wężowaty kształt, unoszący się wysoko w powietrzu. Stawał się on coraz bardziej wyraźny i wszechobecny. Tańczące kolumny rozstąpiły się i utworzyły dwie kołyszące się strony.

Kiedy kształt wzbijał się coraz wyżej i jednocześnie zbliżał się, mała smoczyca ujrzała monstrualne łby, które oświetlał blask ognia. Cztery. nie, pięć długich szyj nosiło na sobie gadzie głowy. Cielsko, do którego należały, nikło w ciemnej otchłani, lecz i tak wyraźnie było widać, że mogło ono wielkością konkurować z niektórymi odległymi górami.

Crematia zdążyła zorientować się, że środkowe, najpotężniejsze oblicze miało taką samą barwę czystej czerwieni jak jej własne łuski. Świadomość ta spowodowała, że jej pierś ponownie wydęła się z dumą. Uniosła arogancko łeb ponad stłoczoną masę swoich pobratymców.

- Witajcie, moje smoczęta. moje dzieci - spomiędzy szkarłatnych szczęk wydobył się cichy, szorstki głos. - Prawdziwą przyjemność sprawia mi widok tego, jak zabijacie - jak poznajecie ekstazę rozlewu krwi i niewiarygodnie potężnej mocy.

Sąsiadujący z gigantyczną, czerwoną głową zielony łeb pochylił się. Zamrugał powoli ślepiami, kiedy dostrzegł szmaragdowe smoczę, które zraniła Crematia w pościgu za ofiarą.

- Słabość nie będzie tolerowana. - Słowa dobiegły spomiędzy karmazynowych szczęk, a zielony smoczy łeb wystrzelił do przodu, wydając z siebie cichy syk.

Okaleczone smoczę zaskowyczało z bólu i zaczęło miotać się dookoła, kłapiąc szczękami i uderzając pazurami w niewidocznego przeciwnika. Nagle zamarło, dygocząc, a jego pysk rozwarł się bezgłośnie, tocząc pianę. Mały smok piszczał przez dłuższą chwilę, aż w końcu znikł w eksplozji łusek, mięsa i kości.

- Litość jest słabością, a słabość to śmierć! - syknął zielony łeb.

Karmazynowa forma w kształcie klina opuściła się w dół, a skórzaste powieki powoli opadły na gorące węgielki ślepi. Crematia wyczuła jednak, że nie było w tym niczego związanego z sennością, a jedynie intensywna czujność ukryta pod zasłoną pozornie zwyczajnej inspekcji. Kiedy okrutne szczęki ponownie się rozwarły, kiedy wydobyły się spomiędzy nich kolejne słowa, czerwone smoczę naprężyło się, jak gdyby mowa potężnej istoty skierowana była bezpośrednio do niej.

- Nigdy nie wolno wam okazywać litości! Zapamiętajcie sobie, moje smoczęta: litość jest słabością, a słabość to śmierć!

- Litość jest słabością, a słabość to śmierć! - rozległo się zwielokrotnione, szorstkie echo, kiedy setka głęboko poruszonych smocząt powtórzyła słowa swojej pani.

Grzmiąca lekcja rozbrzmiała na nowo, a Crematia zadrżała z wrażenia, jakie dała jej nauka. Wiedziała, że to szkolenie, którego przenigdy nie zapomni.

- Zapamiętajcie, moje dzieci. bądźcie silne! - wysyczały karmazynowe szczęki. - To dzięki sile zyskacie władzę, a dzięki władzy poznacie smak zemsty!

Crematia aż zadygotała na myśl o zemście. Czuła intuicyjnie, że był to cel wart całego jestestwa, całego życia.

- Jestem waszą matką i waszą królową - ciągnął cichy, lecz potężny głos. - Moja wola jest waszym rozkazem, moje zadowolenie nadaje sens waszemu istnieniu, a śmierć jest mym kaprysem.

Bez najmniejszego ostrzeżenia niebieski łeb pomknął do przodu w kierunku pary białych smocząt, które niespokojnie wierciły się na skraju całej grupy. Potężne szczęki rozwarły się i wśród jasnego błysku wystrzeliła spomiędzy nich postrzępiona błyskawica energii. Skwiercząc, uderzyła w roztargnione smoczęta, zmieniając je w mgiełkę białych łusek.

- Musicie być bezwzględne. Zawsze! - Głos przycichł, niemalże zmienił się w szept, lecz nie sposób było znaleźć choćby jednego smoczęcia, które nie poświęciło królowej pełnej uwagi. - Kiedy znajdziecie się na świecie, waszym zadaniem będzie odszukać najsilniejszego wroga i pokonać go. Kiedy ów przeciwnik polegnie, ponownie odnajdziecie najsilniejszego wroga i zabijecie go. Z każdym unicestwionym wrogiem pojawi się kolejny - i on także będzie musiał zginąć.

Monstrualny łeb westchnął, a idealnie odmierzony oddech zagrzmiał niczym cyklon. Po dłuższej przerwie karmazynowe szczęki przemówiły ponownie:

- Tak wygląda wasze przeznaczenie, moje smoczęta. rozpoznawanie waszych przeciwników, odnajdywanie ich i sprowadzanie na nich całkowitej zagłady.

- Odnajdę swego wroga i zabiję go - mruknęła Crematia, czując w sobie sens życia, który zawrzał w niej w instynktownej nienawiści. Była to furia, która nadawała jej życiu cel.

Wszystkie monstrualne głowy kołysały się do przodu i tyłu, a w pięciu parach gorejących ślepi migotała ambicja i okrucieństwo. Crematia zadrżała z radości, czując tkwiącą w nich moc. Czerwony łeb ponownie uniósł się ponad pozostałe, obdarzając przenikliwym spojrzeniem smoczęta o tej samej barwie.

- Waszym ojcem był Furyion, najpotężniejszy z moich synów - huknęła Królowa Ciemności, a Crematia od razu zorientowała się, że słowa te skierowane były do niej i jej karmazynowego rodzeństwa. - Został on oszukany przez przebiegłego złotego smoka. Śmierć sprowadziła na niego Aurora. I choć w swej ostatniej woli zażądał życia Aurory, na waszej drodze do spełnienia tego żądania staną dzieci metalicznych smoków. Wiedzcie to, moi drodzy: te dzieci, metaliczne smoki boga Paladine'a, są waszymi wrogami. Zanim wyruszycie na Krynn, upłynie jeszcze sporo czasu, lecz kiedy już się tam znajdziecie, spełnicie moją wolę - odszukacie i unicestwicie swych wrogów.

Pomiędzy rozwartymi szczękami ponownie huknęła eksplozja - przepiękna, piekielna furia, która zaskwierczała w powietrzu i powoli znikła.

- Zapamiętajcie - warknęła królowa - litość jest słabością!

- A słabość - dodała Crematia głosem przypominającym do złudzenia groźny ton Królowej Ciemności - to śmierć.